24 czerwca 2026

Ostateczne rozwiązanie kwestii kolejek

Już niedługo, dzięki Centralnej E-Rejestracji (CeR), problem wieloletnich kolejek do lekarzy na NFZ zostanie "rozwiązany". Rządzący znaleźli jeden prosty trik, żeby z dnia na dzień kolejki zniknęły (i wcale nie chodzi tu przyjmowanie partyjnych kolegów poza kolejnością). Jak dokona się ten cud? Poniżej wyjaśniamy, na czym polega ten mechanizm.

Na początek: czym w ogóle jest Centralna E-Rejestracja? To nowy, ogólnokrajowy system informatyczny, który docelowo ma połączyć grafiki wszystkich przychodni w Polsce i umożliwić pacjentom samodzielne zapisywanie się na wizyty oraz badania przez Internetowe Konto Pacjenta (IKP) lub aplikację mojeIKP. Brzmi pięknie i nowocześnie, prawda? Diabeł tkwi jednak w szczegółach.

"Wyjątkowość" tego rozwiązania polega bowiem na tym, że świadczeniodawcy mają przekazywać informacje o wolnych terminach wyłącznie na okres najbliższych 90 dni. W praktyce oznacza to, że średni czas oczekiwania w systemie CeR dramatycznie spadnie. Dlaczego? Bo odległe, wieloletnie terminy po prostu nie będą raportowane. Jeśli nie ma wolnego miejsca w ciągu najbliższych 3 miesięcy, system go nie pokaże. A skoro czegoś nie ma w systemie, to oficjalnie problem nie istnieje.

Dzięki temu rząd już niedługo będzie mógł ogłosić wielki sukces w skracaniu kolejek. Prawdziwym plusem tej sytuacji będzie chyba tylko to, że w debacie publicznej i kampaniach organizacji pozarządowych skończy się wreszcie przytaczanie drastycznych faktów typu: "w Będzinie do psychiatry dziecięcego czeka się 6 lat".

Ceną za ten PR-owy sukces jest jednak całkowity brak jawności. Obecnie informacje o wolnych terminach są udostępniane przez NFZ w ogólnodostępnym Informatorze. Każdy (nawet bez skierowania) może tam sprawdzić dostępność świadczeń. Co ważne, NFZ udostępnia te dane za pomocą otwartych interfejsów (API), dzięki czemu są one wykorzystywane do analiz naukowych czy przez specjalistyczne portale medyczne. Te dane pozwalały ocenić faktyczne potrzeby zdrowotne Polaków. W nowym systemie tego zabraknie.

Właśnie kończy się okres przejściowy na wdrożenie CeR dla świadczeń kardiologicznych. Od czerwca NFZ wstrzymał płatności dla placówek, które nie raportują do nowego systemu, a od lipca będzie płacić wyłącznie za wizyty umówione przez CeR. W teorii - pełna mobilizacja. W praktyce? Urzędniczy absurd.

Część przychodni wciąż wysyła dane do starego informatora NFZ. Fundusz jednak nie kwapi się, by uprzedzić pacjentów, że nie powinni już tam szukać informacji - bo przecież publikacja takiego komunikatu wymagałaby jakiejś inicjatywy. Co gorsza, NFZ całkowicie odpuścił sobie weryfikację błędów w starych bazach. Gdy pomorski oddział NFZ dostał zgłoszenie o nieprawidłowych terminach kardiologicznych, odpisał regułką:

„Od 1 czerwca 2026 roku kardiologia przechodzi do systemu Centralnej e-Rejestracji. (...) W związku z czym placówki nie muszą przekazywać informacji dotyczącej pierwszych wolnych terminów do Informatora.”

Przekładając z urzędniczego na nasze: urzędnik uznał, że skoro wchodzi nowy system, to starym już się zajmować nie musi, więc zgłoszenie ignoruje. I tu wychodzi kolejna wada: o ile w starym informatorze pacjent mógł łatwo zgłosić błędne dane i ktoś czasem na to reagował, o tyle w IKP takiej możliwości nie ma. Przez to błędne informacje w aplikacji będą pewnie wisiały miesiącami.

Mamy końcówkę czerwca i liczby pokazują brutalną prawdę o tym wdrożeniu. W IKP dostępne są terminy do kardiologa w około 750 miejscach udzielania świadczeń. W tym samym czasie w starym informatorze NFZ wciąż figuruje prawie 1250 poradni udzielających świadczenia kardiologiczne. Co to oznacza? Że od lipca pacjenci w praktyce stracą możliwość zarejestrowania się do prawie połowy działających przychodni, bo nowy system ich po prostu "nie widzi".

11 maja 2026

Nie ma proktologa w Twoim województwie? Wyjaśniamy, dlaczego wyszukiwarka NFZ Cię okłamuje

Prawie rok temu poruszaliśmy temat fatalnej dostępności informacji o tym, gdzie tak naprawdę możemy leczyć się u specjalistów. Wówczas Mazowiecki Oddział NFZ stał na twardym stanowisku: to nie Fundusz, lecz lekarz kierujący ma wiedzieć, gdzie pacjent może zostać przyjęty ze swoją dolegliwością. Postanowiliśmy sprawdzić, co kryje się za tym urzędowym absurdem. 

Zacznijmy od konkretnego przykładu: poradnie proktologiczne. W całej Polsce jest ich zaledwie nieco ponad 100. W województwie kujawsko-pomorskim? Według oficjalnych danych - ani jednej. Można by rzec, że sytuacja pacjentów z tego regionu jest, nomen omen, do dupy.

Ale okazuje się, że w teorii nie jest aż tak źle. Proktologia to w rzeczywistości część chirurgii. Oznacza to, że pacjent z problemem proktologicznym może zostać przyjęty w poradni chirurgii ogólnej – a tych jest ponad tysiąc, i co ważne, czas oczekiwania jest tam często o połowę krótszy niż w obleganych poradniach "typowo" proktologicznych.

Gdzie tkwi haczyk? Otóż nie każda poradnia chirurgiczna faktycznie zajmuje się proktologią. NFZ twierdzi, że chirurg może przyjąć pacjenta, "o ile jest w stanie zapewnić realizację świadczenia". Problem w tym, że Fundusz... sam nie wie, która poradnia to potrafi, a która nie.

Gdy zapytaliśmy o źródło wiedzy dla pacjentów, NFZ wskazał na lekarzy wystawiających skierowania. Argumentacja zwala z nóg: "Wiedzę niezbędną do właściwego określenia celu konsultacji/leczenia lekarz uzyskuje w trakcie kształcenia". Tym samym NFZ przyznał, że nie stworzył żadnego mechanizmu informującego lekarzy o realnej dostępności świadczeń i kolejkach w konkretnych placówkach. Lekarz ma to po prostu "wiedzieć", bo skończył studia.

NFZ zdaje sobie sprawę z problemu "niedopasowania" skierowań, dlatego 22 listopada 2021 r. Mazowiecki Oddział wystosował komunikat do szpitali i przychodni. Czytamy w nim, że literalne traktowanie nazwy poradni na skierowaniu jest niezasadne i utrudnia dostęp do leczenia. Innymi słowy: rejestratorka nie powinna odprawić Was z kwitkiem tylko dlatego, że na skierowaniu macie "proktologa", a stoicie w kolejce do "chirurga". Czy ten komunikat dotarł do każdej rejestracji w kraju. Pozwolimy sobie w to wątpić.


Co najciekawsze, ten komunikat nie wziął się z próżni. Był efektem pisma Centrali NFZ, które z kolei bazowało na oficjalnym stanowisku Ministerstwa Zdrowia z marca 2021 r. Resort stwierdził w nim wprost: "nazwa komórki ma charakter informacyjny i pomocniczy dla pacjenta".

W tej całej papierologii ukryty jest prawdziwy hit. Ministerstwo Zdrowia w swoim piśmie zauważa trzeźwo: „Lekarz wystawiający skierowanie może nie posiadać wiedzy, w jakich komórkach organizacyjnych o różnych nazwach udzielane są świadczenia”.

Widzicie to?

  • Ministerstwo Zdrowia: „Lekarz może nie wiedzieć, gdzie wysłać pacjenta”.
  • Mazowiecki NFZ: „Lekarz wie, bo się uczył”.

Od co najmniej pięciu lat problem jest doskonale znany na każdym szczeblu władzy. Pacjenci bez sensu kwitną w gigantycznych kolejkach lub kompletnie odpuszczają leczenie, bo myślą, że w ich województwie nie ma odpowiedniego specjalisty.

Odpowiedzialność za ten informacyjny chaos zwalono na lekarzy, a urzędnicy "odfajkowali" sprawę, wysyłając jeden komunikat. Tymczasem oficjalny "Informator" NFZ jak wprowadzał w błąd, tak wprowadza - bo wciąż jest zbudowany wokół sztywnych nazw komórek, a nie faktycznej pomocy, jaką pacjent może tam uzyskać.

30 kwietnia 2026

Zero propagandy - jak zmieniają się kolejki do lekarzy

W związku z głosowaniem nad wotum nieufności wobec minister zdrowia warto przypomnieć, że od kilku miesięcy w naszym portalu publikujemy nie tylko bieżące informacje o kolejkach do lekarzy w ramach NFZ.

Na podstronach poszczególnych świadczeń, a także na listach placówek w województwach i miastach, prezentujemy również wykresy pokazujące, jak w ostatnich miesiącach zmieniał się czas oczekiwania oraz liczba świadczeniodawców. To narzędzie, które pozwala spojrzeć na sytuację w ochronie zdrowia spokojniej i bardziej rzeczowo - bez ulegania politykom przekonującym raz, że z kolejkami jest "świetnie", a innym razem, że sytuacja jest całkowicie dramatyczna.

Mamy też nadzieję, że takie dane mogą być pomocne dla redakcji, które chcą uprawiać rzetelne dziennikarstwo i opierać się na liczbach, a nie wyłącznie na emocjach czy politycznych przekazach. Choć, jak wiadomo, nie wszędzie rzetelność pozostaje dziś priorytetem (pozdrawiamy Kanał Zero).

Prezentowane przez nas wykresy pokazują medianę czasu oczekiwania, obliczaną na podstawie sprawozdawczości prowadzonej przez świadczeniodawców. Zgodnie z obowiązującymi zasadami są oni zobowiązani do raportowania do NFZ informacji o pierwszych wolnych terminach dostępnych dla pacjentów.

Poniżej kilka przykładów takich wykresów:

Kolejki na rezonans magnetyczny na NFZ w Polsce

Kolejki do kardiologa na NFZ w Warszawie


Kolejki do dermatologa na NFZ w Pomorskim




30 marca 2026

Jakiego dostawcę e-Poleconego wybrać?

Powoli do powszechnej świadomości wchodzą e-Doręczenia. Ich przewaga nad ePUAP polega między innymi na tym, że pozwalają wysyłać wiadomości nie tylko do urzędów, ale także pomiędzy użytkownikami. Wiadomości do podmiotów publicznych wysyła się bezpłatne, natomiast za wiadomości komercyjne (tj. do prywatnych osób/podmiotów) trzeba płacić. Żeby korzystać z tej części usługi, trzeba wybrać dostawcę.

Na rynku działa obecnie kilku dostawców e-Doręczeń - Asseco Data Systems S.A., KFJ Inwestycje Sp. z o.o., Poczta Polska S.A. oraz Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych S.A. W praktyce użytkownik częściej spotyka ich oferty pod markami Certum, Autenti, NotaUp, Poczta Polska / e-Polecony oraz eDO Post. Poniżej porównujemy ich budżetowe oferty (ceny netto), czyli najtańsze warianty wejścia w e-Polecone. 

eDO Post (Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych)

Oferują bezpłatny pakiet ze skrzynką o pojemności 0,5 GB, a wysłanie e-Poleconego kosztuje 1,70 zł. Warto rozważyć także najtańszy pakiet roczny za 49 zł - obejmuje on 50 wiadomości komercyjnych, więc koszt jednej przesyłki wynosi niecałą złotówkę.

Autenti

Najtańszy pakiet kosztuje 129 zł rocznie i obejmuje 120 wiadomości komercyjnych. Dodatkowe wiadomości kosztują 1,70 zł za sztukę i są sprzedawane w pakietach po 10. Na stronie widoczna jest także przekreślona cena 145 zł (ale cholera wie co to znaczy, informacji o najniższej cenie w ostatnich 30 dniach nie ma). Producent informuje również o możliwości bezpłatnego wypróbowania skrzynki (ale link prowadzi do nieistniejącej strony)

Certum

Certum oferuje pakiet za 0 zł ze skrzynką o pojemności 4 GB. Na stronie oferty nie podano jednak wprost ceny wysłania wiadomości komercyjnej.

NotaUp

Pakiet za 0 zł ze skrzynką o pojemności 20 GB. W planie bezpłatnym wysłanie wiadomości komercyjnej kosztuje 1,80 zł netto. Wiadomości do podmiotów publicznych są wycenione na 0 zł, ale bezpłatny limit wynosi 10 przesyłek miesięcznie, a po jego przekroczeniu naliczana jest opłata zgodnie z cennikiem.

Poczta Polska

Nie oferują pakietów, a za wysłanie pojedynczej wiadomości pobiera 1,79 zł. Co najważniejsze, w usłudze obowiązuje limit 10 MB dla pojedynczej wiadomości, co przy skanach dokumentów może okazać się zwyczajnie niewystarczające. 

Tu warto wspomnieć, że wsparcie Poczty Polskiej jest niskiej jakości. Do tego za komercyjne e-Polecone liczy sobie 1,79 zł za wiadomość, a od urzędów za publiczną usługę rejestrowanego doręczenia elektronicznego bierze 5,30 zł. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten model cenowy jest zwyczajnie nastawiony na drenowanie pieniędzy z sektora publicznego. Dodatkowo Poczta Polska wykorzystuje własny kanał komunikacji do wysyłania niezamówionych ofert e-Poleconego:


To jakiego dostawcę wybrać?

Pod względem przejrzystości oferty i najtańszego wariantu najlepiej wypada eDO Post. Autenti trudno uznać za rozwiązanie budżetowe, a Certum nie podaje na stronie oferty wprost ceny pojedynczej wiadomości komercyjnej, co nie ułatwia porównania. Z kolei NotaUp zniechęca tym, że w planie bezpłatnym limit darmowych przesyłek do podmiotów publicznych wynosi 10 miesięcznie, a po jego przekroczeniu naliczana jest opłata zgodnie z cennikiem. Postawę i ofertę Poczty Polskiej zostawmy już bez komentarza.

26 lutego 2026

eDoręczenia w praktyce: sprawdzaj skrzynkę ręcznie

Jakiś czas temu pisaliśmy, że wprowadzenie eDoręczeń może oznaczać dodatkowe koszty dla instytucji publicznych. W praktyce wygląda to tak: obywatel może wysłać pismo elektronicznie bezpłatnie, ale instytucja (samo)rządowa płaci 5 zł za wysłanie jednej elektronicznej przesyłki.

To duża zmiana w porównaniu do ePUAP, który pozwalał na darmową komunikację elektroniczną z obywatelami. Skoro pojawia się opłata - warto sprawdzić, czy idzie za nią jakość i niezawodność.

Na przykładzie naszego portalu: tak wyglądają (stan na styczeń 2026 r.) e-mailowe "powiadomienia" o nowym eDoręczeniu - w tym o ważnym wezwaniu z Urzędu Skarbowego:


Zamiast standardowej notyfikacji przychodzi informacja, że wystąpił błąd techniczny 500 podczas wysyłania powiadomienia. To też jest jakaś informacja - tylko nie taka, jakiej oczekuje adresat.

Naturalny pomysł: zapisać się ponownie na subskrypcję powiadomień. Problem w tym, że próba zapisu kończy się komunikatem o błędzie:


W takiej sytuacji człowiek liczy, że pomoże "Zespół Doradców Klienta". Niestety, w naszym przypadku wsparcie zaczęło od sugestii, że "Błąd 0 to najczęściej błąd występujący po stronie użytkownika, w szczególności, jeśli dodatkowo korzysta z systemu kancelaryjnego zintegrowanego ze SD.". Gdy wyjaśniliśmy, że nie korzystamy z żadnego zintegrowanego systemu kancelaryjnego, dostaliśmy standardowy zestaw porad: "Proponujemy wyczyścić ciasteczka i pamięć podręczną oraz zmienić przeglądarkę internetową i spróbować ponownie sprawdzić, jaki adres e-mail został przypisany do notyfikacji.".

To oczywiście problemu nie rozwiązało.

W takich sytuacjach zwykle ma sens złożyć reklamację. Tyle że tutaj dowiedzieliśmy się, że pretensje o brak powiadomień są - według odpowiedzi - nieuzasadnione. Nie pojawiło się też "przepraszamy". Ostatecznie udało się jedynie ustalić, że problem ma leżeć po stronie "COI" (kimkolwiek on jest), a nie po stronie adresata.

Trudno powiedzieć, czy wskazany błąd został naprawiony (szkoda, że wprost rozpatrując reklamację nie dało się tego nikomu sprawdzić). Obecnie (luty 2026 r.) zapisanie adresu e-mail do powiadomień przestało pokazywać komunikat o błędzie, ale po ponownym wejściu w ustawienia powiadomień nie widać zapisanego adresu e-mail.

W praktyce oznacza to jedno - dla bezpieczeństwa i żeby nie narazić się na problemy z urzędem przez przegapiony termin - trzeba regularnie zaglądać do skrzynki eDoręczeń. A najlepsze jest to, że gdy nie działa podstawowa rzecz, czyli powiadomienia, można jeszcze usłyszeć, że "reklamacja jest nieuzasadniona". Trudno o lepszą definicję instytucjonalnej niekompetencji: wskazano winnego - "COI", tylko że z perspektywy adresata to nadal nie naprawia niczego. Na pocieszenie zostaje chociaż to, że nie trzeba stać po list w kolejce na poczcie.






30 stycznia 2026

Leczenie objawowe, czyli jak Izba Lekarska walczy z hejtem

Już w 2019 roku jedna z lekarek, próbując wymusić usunięcie negatywnych opinii o swojej poradni neurologicznej, powołała się przed Urzędem Ochrony Danych Osobowych na argument ostateczny. Sugerowała, że bez interwencji cenzorskiej spotka ją tragiczny los Pawła Adamowicza. W świetle rosnącej liczby incydentów w placówkach medycznych, narracja utożsamiająca krytykę w sieci z fizyczną przemocą zyskuje na popularności. Pytanie jednak brzmi: czy jest prawdziwa? Czy cenzura komentarzy w Internecie rzeczywiście poprawi bezpieczeństwo medyków? Na szczęście mamy na ten temat twarde dane.

Skala problemu jest realna

Nie ma wątpliwości, że praca w ochronie zdrowia wiąże się z ryzykiem. Badania Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wskazują, że większość pracowników SOR doświadczyła przemocy [1]. Z kolei dane Polskiego Towarzystwa Ratowniczego mówią o agresji w przypadku nawet 15% interwencji [2]. Sytuacja pielęgniarek i położnych jest równie alarmująca - raport OZZPiP z lutego 2025 roku wykazał, że aż 78% ankietowanych spotkało się z agresją w pracy [3]. Problem istnieje i wymaga rozwiązania. Kluczem jest jednak postawienie trafnej diagnozy jego przyczyn.

Diagnoza: To system rodzi frustrację, nie Internet

Wbrew popularnej narracji, badania naukowe nie wskazują na to, by możliwość publikowania opinii w Google czy na portalach typu swiatprzychodni.pl była zapalnikiem agresji fizycznej.

Publikacja Katedry Nauk Społecznych i Medycznych Collegium Medicum w Bydgoszczy [4] jasno wskazuje źródła problemu. Agresja pacjentów i ich rodzin wynika przede wszystkim z niewydolności organizacyjnej: wielogodzinnego oczekiwania na pomoc czy odmowy przyjęcia na SOR. Do tego dochodzi niezrozumienie zasad systemu, stan psychofizyczny pacjentów (ból, lęk, wpływ używek, zaburzenia psychiczne) oraz czynniki zewnętrzne, jak stres post-pandemiczny. Co istotne, badacze wskazują też na winę po stronie placówek: brak procedur, toksyczną kulturę pracy i błędy w komunikacji personelu z pacjentem.

Potwierdza to dr Anita Gałęska-Śliwka z UMK w Toruniu [5], wyliczając jako główne przyczyny: problemy organizacyjne, roszczeniowość, nietrzeźwość, ale także frustrację pacjentów wynikającą z niskiej jakości świadczeń, którą wyładowują na personelu - Internet w ogóle nie pojawił się jako czynnik wyzwalający.

Problem potwierdza prof. Brunon Hołyst, specjalista od kryminologii - przyznaje on w wywiadach [6], że przyczyny są złożone: od używek i chorób psychicznych, przez nierealistyczne oczekiwania („lekarz jako cudotwórca”), aż po wady systemowe, takie jak biurokracja i kolejki. Co ciekawe, badania wskazują też na drugą stronę medalu - bariery komunikacyjne tworzone przez samych lekarzy. Używanie niezrozumiałego żargonu („medspeak”), brak empatii, pośpiech i autorytarny styl bycia sprawiają, że pacjent czuje się ignorowany i atakowany [7].

Potwierdza to nawet Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej (NIL), Jakub Kosikowski, zauważając, że szpitale zamieniły się w bezduszne „fabryki”, a wypalony personel czasem traktuje pacjentów w sposób niedopuszczalny [8].

Internetowy „hejt” to margines, a nie przyczyna

Skoro znamy przyczyny (system, komunikacja, psychika), to jak ma się do tego walka z wpisami w Internecie? Według badania dr Gałęskiej-Śliwki, tylko 0,39% pracowników medycznych wskazało Internet jako miejsce, gdzie doświadczyli agresji, co sugeruje marginalny udział cyberprzemocy w ogólnej skali problemu [5].

Przywoływanie tragedii, takich jak zabójstwo ortopedy Tomasza Soleckiego, jako argumentu za cenzurą sieci, jest nadużyciem. W tamtym przypadku zawiniły zaburzenia psychiczne pacjenta (urojenia) oraz luki w systemie bezpieczeństwa. Lekarz zgłaszał zagrożenie na policji, ale - jak to często bywa w zderzeniu obywatela z systemem - jego wizyta została potraktowana jako „porada”, a nie zawiadomienie o przestępstwie [9]. Kto miał do czynienia z organami ścigania, ten wie, że policja rzadko garnie się do przyjmowania zgłoszeń, które można by „spławić” dobrą radą. Żadne moderowanie komentarzy w Internecie nie zapobiegłoby tej tragedii.

NIL: Walka z cieniem zamiast reformy

Wiedza o przyczynach agresji jest dostępna. Rzecznik NIL publicznie diagnozuje choroby systemu. Co zatem robi Izba Lekarska? Zamiast naciskać na reformę systemową, decyduje się na działania pozorowane. 13 stycznia NIL ogłosiła akcję „Czy hejt może zabijać?", deklarując walkę z cyberprzemocą [12]. Izba słusznie zauważa, że hejt nie ma definicji prawnej, po czym... sama próbuje go definiować tak, by pasowało to do tezy, że to opinie internautów zmniejszają dostępność leczenia. To klasyczne odwracanie kota ogonem.

Jednocześnie NIL ostro krytykuje otwieranie nowych kierunków lekarskich na uczelniach niemedycznych, nazywając je „pseudouczelniami" [10]. Paradoks jest oczywisty: braki kadrowe to jedna z głównych przyczyn kolejek i frustracji pacjentów, ale Izba woli chronić monopol niż zwiększać podaż lekarzy. Podobnie wygląda sprawa zarobków - NIL sprzeciwia się ich limitowaniu w sektorze publicznym, argumentując, że to nie rozwiąże problemów, jednocześnie nie proponując realnych rozwiązań systemowych [11].

Najbardziej jaskrawym przykładem jest jednak podwójny standard w kwestii odpowiedzialności. Choć lekarze mają własne sądy, ich wyroki pozostają dla pacjentów enigmą. Rejestr ukaranych istnieje, ale dostęp do niego wymaga wykazania „interesu prawnego". Skrzywdzony pacjent ma ograniczone możliwości, żeby dowiedzieć się, czy lekarz, który go skrzywdził, poniósł konsekwencje. Sprawy głośne medialnie - jak przypadek dr Żanny Pastuszak - cichną, a Izba nie informuje o ich finale. System działa w modelu: pacjent ma prawo wiedzieć o ryzykach leczenia, ale nie ma prawa wiedzieć, czy lekarz został ukarany.

Pozorna terapia

Naczelna Izba Lekarska wybiera drogę najmniejszego oporu. Zamiast mierzyć się z trudną materią reformy organizacyjnej, poprawy jakości komunikacji z pacjentem czy transparentności własnego sądownictwa, woli walczyć z „hejtem”. To wygodny wróg - nieokreślony, medialny i pozwalający ustawić środowisko lekarskie wyłącznie w roli ofiary.

Tymczasem pacjenci, zderzając się z „fabrykami zdrowia”, brakiem empatii i niejawnym systemem dyscyplinarnym, nadal będą czuć frustrację. I żadna kampania o cyberprzemocy tego nie zmieni, dopóki nie zaczniemy leczyć przyczyn choroby, a nie tylko pudrować jej objawy.

Źródła:

[1] https://www.facebook.com/GdanskiUniwersytetMedyczny/posts/problemem-agresji-wobec-ratownik%C3%B3w-medycznych-piel%C4%99gniarek-lekarzy-i-pracownik%C3%B3w/1162383692582888/

[2] https://gdansk.tvp.pl/86492729/skad-bierze-sie-agresja-wobec-ratownikow-medycznych-trwaja-badania

[3] https://ozzpip.pl/agresja-to-nasza-codziennosc-mowia-pielegniarki-i-polozne/

[4] https://www.psychiatriapolska.pl/pdf-152775-110738?filename=110738.pdf

[5] https://www.gov.pl/attachment/0d41fd02-1738-4357-8ae0-2423ab713b97

[6] https://podyplomie.pl/medical-tribune/20471,opowiadam-sie-przeciwko-mowie-nienawisci-wobec-lekarzy

[7] https://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_17951_teka_2019_14_1_61-71/c/7723-7474.pdf

[8] https://www.termedia.pl/mz/Dlaczego-coraz-wiecej-pacjentow-atakuje-lekarzy-,62600.html

[9] https://tvn24.pl/krakow/krakow-atak-nozownika-w-szpitalu-lekarz-zglosil-policji-ze-pacjent-zada-od-niego-pieniedzy-zawiadomienia-nie-zlozyl-st8438139

[10] https://nil.org.pl/aktualnosci/8602-zalezy-nam-na-gwarancji-wysokiej-jakosci-ksztalcenia

[11] https://finanse.wp.pl/resort-chce-limitu-zarobkow-lekarze-najgorszy-pomysl-z-mozliwych-7218214749047392a

[12] https://nil.org.pl/aktualnosci/9133-czy-hejt-moze-zabijac-nil-wlacza-sie-w-walke-z-cyberprzemoca

29 grudnia 2025

Zabawa z mapą

Od lipca 2025 r. działają w Polsce wyspecjalizowane Centra Leczenia Endometriozy. W skrócie Ministerstwo zorganizowało pacjentkom lepsze i bardziej skoordynowane leczenie endometriozy w kilku specjalistycznych ośrodkach.

Wejście w życie tego programu było okazją do zorganizowania konferencji, na której mogła pokazać się Minister oraz przygotowania dwóch stron "informacyjnych". Przygotowanej przez NFZ:

https://www.nfz.gov.pl/dla-pacjenta/informacje-o-swiadczeniach/leczenie-endometriozy/

i Ministerstwo Zdrowia:

https://pacjent.gov.pl/aktualnosc/mozesz-leczyc-endometrioze-na-nfz


Tu należy pochwalić obie instytucje za piękne grafiki z mapą ośrodków (aczkolwiek rysowanie mapy Polski tak, że ledwie widać, że jest to Polska, wydaje się mijać z celem).

Polska widziana oczami NFZ

Jednak pewnym mankamentem opublikowanych informacji jest to, że wspomniane mapy są jedyną wskazówką, co do formy kontaktu do tych ośrodków, jaka jest udostępniania przez Ministerstwo/Fundusz. Czyli minęło pół roku od rozpoczęcia programu i wciąż żadnemu urzędnikowi nie przyszło do głowy umieścić wykaz zawierający chociażby numery telefonu placówek. W opublikowanych materiałach nie ma też informacji co ma być na skierowaniu i kto je może wystawić (np. czy wystarczy lekarz POZ, czy koniecznie musi być to ginekolog). Na szczęście uzupełniony wykaz ośrodków leczenia endometriozy na NFZ można znaleźć w prywatnych portalach.

16 listopada 2025

Naśladowanie jest najwyższą formą pochlebstwa!

Wracając do interpelacji poselskiej i odpowiedzi Ministerstwa, warto zwrócić uwagę na to, jak zmienia się ton wypowiedzi w momencie, gdy trzeba uzasadnić wprowadzanie zmian. Najpierw eksponowana jest rzekoma niemal stuprocentowa "pilność" świadczeniodawców, stały monitoring, przypomnienia i komunikaty, które kreślą obraz sytuacji oderwany od rzeczywistości. Chwilę później pojawia się jednak zapowiedź zmian i nagle okazuje się, że obecny stan rzeczy wcale nie jest tak różowy.

Przede wszystkim w samym kwietniu 2024 r. NFZ przeprowadził własne sprawdzenie prawidłowości publikowanych danych. Z przedstawionych wyników wynika, że wśród blisko 1500 skontrolowanych poradni, w przypadku pacjentów stabilnych niezgodność terminów stwierdzono w ok. 350 komórkach organizacyjnych. Taki rezultat spokojnie mógłby uzasadniać choćby symboliczne, ale odczuwalne kary finansowe wobec nierzetelnych świadczeniodawców, co mogłoby realnie zmotywować ich do zmiany praktyk. Tymczasem Fundusz - mimo skali problemu - przez cały 2024 r. z tytułu błędnego raportowania nałożył zaledwie 50 kar umownych.

​Choć z wyników tych działań kontrolnych wynika, że nieprawidłowości mogą dotyczyć około 30% poradni, autor odpowiedzi na interpelację stwierdza, że "Narodowy Fundusz Zdrowia zakłada, że nieprawidłowości mogą dotyczyć nawet połowy informacji". Stąd pojawia się zapowiedź zmian: zamiast wskazywać konkretny termin, pacjenci mają otrzymywać informację o prognozowanym czasie oczekiwania - dokładnie tak, jak jest to rozwiązane w najlepszym portalu informującym o kolejkach w NFZ.

Ministerstwo nie wyjaśnia jednak, w jaki sposób ta zmiana miałaby sprawić, że świadczeniodawcy zaczną raportować dane zgodne z rzeczywistością. W odpowiedzi można za to dostrzec zapowiedź innego, "kreatywnego" rozwiązania: informacja o czasie oczekiwania ma zostać wzbogacona o udoskonalenie - czas oczekiwania będzie wyliczany przez algorytm, którego sposób działania dopiero ma zostać zdefiniowany w przepisach wykonawczych. W praktyce oznacza to, że odpowiedzialność za wszelkie nieprawidłowości będzie można przerzucić na algorytm. Fundusz, na swojej stronie, będzie mógł zniechęcać do zgłaszania nieprawidłowości (dodając zastrzeżenie, że to jedynie szacunkowy czas oczekiwania), a świadczeniodawcy będą mogli twierdzić, że raportują terminy poprawnie - to tylko algorytm rzekomo błędnie je wylicza. W efekcie wszystkim będzie wygodniej - wszystkim poza pacjentami.

13 października 2025

Malowanie trawy w NFZ

Zgodnie z zapowiedzią wracamy do interpelacji poselskiej w sprawie raportowania terminów przez świadczeniodawców. Jedno z pytań brzmiało: „Czy wiadomo, ile placówek regularnie nie wywiązuje się z obowiązku raportowania długości kolejek do systemu?”. Ministerstwo udzieliło odpowiedzi, ale czy aby nie mija się z prawdą?

Oczywiście, że się mija. W piśmie czytamy: „Odnośnie wywiązywania się świadczeniodawców z obowiązków sprawozdawczych należy wskazać, że świadczeniodawcy przekazują raz dziennie informacje o pierwszym wolnym terminie oraz raz w miesiącu informację o średnim czasie oczekiwania oraz o liczbie osób oczekujących. W efekcie stałego monitoringu procent świadczeniodawców wywiązujących się z obowiązków sprawozdawczych jest wysoki (w 13 oddziałach wynosi 98–100%). Szczegółowa tabela przedstawiająca dane dla każdego oddziału wojewódzkiego została dołączona do niniejszej odpowiedzi.” Załączona tabela faktycznie pokazuje wyniki sięgające 100%.



Tymczasem w publicznych dostępnych danych NFZ dzień w dzień brakuje aktualnych informacji o setkach terminów do lekarzy. Fundusz codziennie otrzymuje zgłoszenia o długotrwałym braku danych dla konkretnych świadczeniodawców. Skąd więc tak dobre wyniki w tabeli? Wskazówką jest podpis: „Procent świadczeniodawców przekazujących wymagane informacje o prowadzonych listach oczekujących w wybranych okresach według poszczególnych oddziałów wojewódzkich NFZ (według stanu na 31 marca 2025 roku)”. Innymi słowy, NFZ raportuje stan sprzed co najmniej kilku miesięcy. Dlaczego to ma znaczenie?

Bo zdradza to praktykę, którą widać w odpowiedziach Oddziałów Wojewódzkich na zgłoszenia braków w Informatorze o Terminach Leczenia. Przykładowa odpowiedź: „Świadczeniodawca przekazał bieżące dane dot. PWT oraz został zobowiązany do uzupełnienia pozostałych raportów historycznych.


Inny Oddział informował: „W dniu 20.07.2021 r. wystosowano do świadczeniodawcy pismo celem złożenia wyjaśnień. Świadczeniodawca wyjaśnia: ‘(...) dokonano uzupełnienia wymaganych informacji o PWT począwszy od 11 grudnia 2020 r. (...) odpowiedzialni pracownicy zostali poinstruowani o konieczności bieżącego wprowadzania (...) oraz terminowego przekazywania informacji o PWT.

Co z tego wynika? Wielu świadczeniodawców ignoruje bieżące raportowanie terminów. Gdy zostaną przyłapani (albo z własnej inicjatywy), mogą hurtowo uzupełnić zaległe raporty. Dzięki temu Oddział Wojewódzki może wykazać świetne wskaźniki wobec Centrali, Centrala wobec Ministerstwa, a Ministerstwo wobec posłów. Wszyscy zadowoleni: nie trzeba naprawiać procesu, nie trzeba kontrolować, może nawet wpadnie premia. Szkoda tylko pacjentów - na nic im informacja, na jaki dzień rzekomo można było się zapisać do lekarza sześć miesięcy temu.

28 września 2025

Leniwy Prezes?

We wrześniu tego roku grupa posłów złożyła interpelację do Ministerstwa Zdrowia w sprawie doniesień o publikowaniu przez NFZ nieprawdziwych informacji na temat dostępności terminów do specjalistów. Chociaż posłowie włożyli minimalny wysiłek w samodzielne zbadanie tematu, opierając swoją wiedzę na pojedynczym, jaskrawym przykładzie, to udało im się zadać resortowi cztery konkretne pytania. Odpowiedzi na nie są warte głębszego komentarza, do czego prawdopodobnie wrócimy na blogu.

Na razie jednak zatrzymajmy się na wskazanym przez nich przykładzie nieprawidłowości. Posłowie napisali:

"Przytoczony mi przykład dotyczy oddziałów gastroenterologicznych – według systemu w województwie mazowieckim i łódzkim możliwe jest znalezienie terminu na wrzesień, podczas gdy weryfikując te informacje w konkretnych placówkach okazuje się, że faktyczne terminy to najwcześniej grudzień bieżącego roku."

Interpelacja została złożona jeszcze w sierpniu. Ministerstwo Zdrowia przygotowało długą, uspokajającą odpowiedź, z której wynika, że "nie jest źle i będzie dobrze". Odpowiedź tonie w tekście i tabelkach, które zacierają rzeczywistość, a statystyki mówią, że jakiś ważny parametr wynosi niemal 100%!

Najciekawsze jest jednak to, co w odpowiedzi nie zostało zrobione.

Pomimo tego, że posłowie wskazali konkretny przykład nieprawidłowości w systemie, w odpowiedzi nikt się do niego nie odniósł. Temat musiał przejść przez niejedne ręce urzędników ministerstwa i Funduszu. A jednak! Prawie miesiąc po interpelacji, w informatorze NFZ wciąż publikowane są terminy do oddziałów gastroenterologicznych na wrzesień.


Mamy już końcówkę września 2025 r., a dane w informatorze nadal sugerują, że na oddział gastroenterologiczny można dostać się w bieżącym miesiącu. To wysoce wątpliwe. Trudno uwierzyć, że w sierpniu realny czas oczekiwania wynosił kilka miesięcy, by nagle we wrześniu można było umówić się "z dnia na dzień". Można więc bezpiecznie założyć, że nikt nie kiwnął palcem, by te nieprawdziwe informacje skorygować.

Oczywiście, oczekiwanie, że urzędnik z własnej inicjatywy poprawi błąd w systemie, jest dość naiwne. Jednak w tym przypadku to nie jest jedynie kwestia dobrej woli. To obowiązek prawny.

Zgodnie z art. 23 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych:

"W przypadku uzasadnionego podejrzenia niewykonania lub niewłaściwego wykonywania przez świadczeniodawcę obowiązków, o których mowa w art. 20 (przyp. - art. 20 nakłada na szpitale i przychodnie obowiązek podawania dokładnych informacji o terminach), Prezes Funduszu przeprowadza kontrolę u tego świadczeniodawcy."

Tu nasuwa się kluczowe pytanie: Co musiałoby się stać, żeby Prezes NFZ przeprowadził kontrolę i doprowadził do skorygowania informacji? Wygląda na to, że interpelacja poselska, wskazująca konkretne przykłady, jest niewystarczająca. Kto musiałby wysłać pismo do urzędników, żeby ci w końcu doprowadzili do prawidłowego prowadzenia sprawozdawczości?


30 czerwca 2025

Gdzie szukać pomocy? Problem z informacją o poradniach specjalistycznych

Ostatnio odezwał się do nas lekarz z nietypową, ale bardzo ważną sprawą. Zamiast zgłaszać pretensje, wykazał się troską o pacjentów - zwrócił uwagę, że w poradni chirurgicznej, w której pracuje, działa również poradnia proktologiczna. Niestety, taka informacja nie pojawia się na naszym portalu. Poprosił nas o jej dodanie.

To nie pierwszy raz, gdy spotykamy się z sytuacją, w której w jednej poradni udzielane są świadczenia z kilku zakresów. Wielokrotnie pytaliśmy o takie przypadki Narodowy Fundusz Zdrowia, jednak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi wskazującej przypadek tego typu. Najczęściej to sami pacjenci lub świadczeniodawcy informują nas, że na przykład w poradni stomatologicznej działa poradnia chirurgii stomatologicznej, a na oddziale chorób wewnętrznych funkcjonuje też oddział endokrynologiczny.

Tym razem postanowiliśmy zwrócić się do Mazowieckiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ z prośbą o listę poradni chirurgicznych, w których udzielane są świadczenia proktologiczne. Otrzymaliśmy listę poradni, w których realizowano „procedury medyczne związane z diagnozowaniem i leczeniem schorzeń proktologicznych”. Jednak nie uzyskaliśmy odpowiedzi na kluczowe pytanie: które z tych poradni faktycznie przyjmują pacjentów ze skierowaniem do poradni proktologicznej? NFZ nie wyjaśnił także, jak realizuje obowiązek informowania pacjentów o miejscach udzielania świadczeń.

Zamiast konkretów, otrzymaliśmy ogólną radę: „Wszelkie wątpliwości dotyczące wystawionego skierowania do poradni specjalistycznej pacjent powinien konsultować z lekarzem wystawiającym dokument”. Trudno o większy absurd - przecież to NFZ powinien dokładnie wiedzieć, komu i za co płaci, a także jasno informować o dostępnych świadczeniach. Przerzucanie odpowiedzialności na lekarza, który sam często nie ma dostępu do takich danych, jest zwyczajnie niepoważne i pokazuje, jak bardzo system informacyjny Funduszu jest oderwany od realnych potrzeb pacjentów i personelu medycznego.

Brak przejrzystych informacji o dostępności świadczeń specjalistycznych to realny problem, z którym mierzą się zarówno pacjenci, jak i lekarze. Liczymy, że NFZ zacznie w końcu rzetelnie informować o miejscach udzielania świadczeń, a tym samym ułatwi dostęp do potrzebnej opieki.

26 maja 2025

Rok programu in vitro - i nadal chaos

Pierwszego czerwca minie rok od uruchomienia rządowego programu in vitro. Wydawałoby się, że to wystarczająco dużo czasu, by uporządkować i usprawnić informowanie pacjentów na jego temat. Niestety - Ministerstwu Zdrowia nadal się to nie udało.

Lista placówek realizujących program dostępna jest na stronie pacjent.gov.pl. Niestety wygląda, jakby została przeklejona z jakiegoś pliku bez najmniejszej refleksji czy weryfikacji. Na swój sposób zabawne (choć bardziej żenujące) są takie "adresy" jak: "L. Wyczółkowskiego 14.cze" czy "Plac Sokratesa Starynkiewicza 01.mar". Wygląda na to, że excel pani Grażynki uznał, że to daty, i sformatował je po swojemu. Szkoda, że pani Grażynka nie zorientowała się, że wypadałoby to poprawić.

Ministerstwo wpadło również na pomysł, by opublikować dodatkową listę placówek z informacją o czasie oczekiwania na procedury. Brzmi rozsądnie? Może i tak, gdyby nie to, że lista pochodzi ze stycznia 2025 roku. Tak, sprzed kilku miesięcy. Można więc zadać pytanie, na ile jest dziś aktualna.


Choć ta lista nie spełnia swojego głównego celu, to ma przynajmniej jedną zaletę – zawiera poprawne adresy placówek (np. zamiast "01.mar", mamy już poprawnie: "Plac Sokratesa Starynkiewicza 1/3").

Najbardziej jednak kompromitujący jest fakt, że żadna z opublikowanych list nie zawiera danych kontaktowych placówek - ani numeru telefonu, ani adresu e-mail, ani nawet linku do strony internetowej. Przecież ktoś z Ministerstwa musiał się z tymi ośrodkami kontaktować (choćby po to, by ustalić czas oczekiwania). Czy naprawdę nikt nie wpadł na pomysł, że udostępnienie pacjentom możliwości kontaktu z placówką mogłoby być pomocne?

Zwłaszcza że - skoro już Ministerstwu nie chce się aktualizować danych o czasie oczekiwania - pacjent mógłby po prostu zadzwonić i zapytać sam. Nie wspominając o tym, że ułatwienie kontaktu zwiększa realne szanse na skorzystanie z programu.



30 kwietnia 2025

Szczegółowej odpowiedzi w tej sprawie udzieliliśmy!

Za oczywistość przyjmowaliśmy, że świadczeniodawcy mają obowiązek raportowania długości kolejek, a NFZ - publikowania tych informacji. Fundusz realizuje to poprzez Informator o Terminach Leczenia (ITL), w którym pacjenci mogą sprawdzić, gdzie i jak długo będą czekać na wizytę u specjalisty. Okazuje się jednak, że Podlaski NFZ znalazł sposób, by zwolnić zarówno świadczeniodawców, jak i siebie z tych obowiązków.

W Białymstoku część poradni psychologicznych została "przejęta" przez Centrum Zdrowia Psychicznego prowadzone przez Uniwersytecki Szpital Kliniczny. To znaczy, że poradnie psychologiczne nadal funkcjonują i przyjmują pacjentów, ale formalnie nie są już świadczeniodawcami - pełnią rolę podwykonawców. W efekcie, ponieważ nie są ujęte w "strukturze" świadczeniodawcy, NFZ nie informuje pacjentów o możliwości skorzystania ze świadczeń u podwykonawcy.

Przykładem takiej poradni jest Bram-Medica. Pani Aleksandra Komorowska z Podlaskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ twierdzi, że osoby potrzebujące pomocy powinny kontaktować się z Punktem Zgłoszeniowo-Koordynacyjnym przy Poradni Zdrowia Psychicznego (którego w Bram-Medica nie ma). Takie stanowisko stoi w sprzeczności z tym, co NFZ publikuje w alternatywnym informatorze "Gdzie się leczyć" (GSL):

Czyli z jednej strony NFZ wskazuje pacjentom tę poradnię, podaje jej dane kontaktowe, a z drugiej - odmawia publikacji jej danych w innym informatorze, twierdząc, że pacjenci nie powinni się z nią kontaktować.

Ta sprzeczność jest oczywiście pozorna. Bo przecież nie chodzi o to, by pacjent otrzymał rzetelną informację - chodzi o to, by urzędnik się nie przepracował. Usunięcie nieprawdziwych (lub nieaktualnych) informacji z informatora GSL wymaga minimalnego wysiłku, podobnie jak egzekwowanie obowiązku raportowania kolejek. Również udzielenie jasnej odpowiedzi na pytanie, czy świadczenia realizowane przez podwykonawców zwalniają z obowiązku sprawozdawczego, wymagałoby odrobiny zaangażowania - niestety, pani Komorowska odmawia udzielenia takiej informacji, twierdząc, że "szczegółowej odpowiedzi w tej sprawie już udzieliliśmy".

12 marca 2025

Jak nie skracać kolejek?

W ostatnim czasie "eksperci" postanowili wziąć się za długie kolejki do lekarzy na NFZ. Niestety ich pomysły wydają się być chybione.

Pierwszy z nich dotyczy liczby przyjmowanych pacjentów pierwszorazowych w poradniach. Ministerstwo Zdrowia zauważyło, że są poradnie, które głównie mają pacjentów pod stałą opieką i przez to nie mają czasu przyjmować nowych pacjentów. Chcąc udostępnić więcej terminów dla nowych pacjentów, NFZ ma mniej płacić świadczeniodawcom mającym niewłaściwy stosunek nowych do dotychczasowych pacjentów. Jakie będą tego skutki? Oficjalne dane pokażą skrócenie kolejek (świadczeniodawcy informując o czasie oczekiwania podają terminy dla pacjentów pierwszorazowych) oraz zostanie ograniczona dostępność świadczeń dla dotychczasowych pacjentów. Teoretycznie będzie można szybciej dostać się do lekarza, ale jeśli lekarz zaleci kontrolę za miesiąc, może się okazać, że takiego terminu nie będzie. Co nie zmienia faktu, że Ministerstwo będzie mogło ogłosić sukces - kolejki na papierze przecież się skrócą.

Za problem kolejek do lekarzy zabierają się także przedsiębiorcy. Z inicjatywy Rafała Brzoski ruszył projekt deregulacji (pod hasłem: "mniej barier, więcej możliwości dla Polski i Polaków"). Spośród różnych pomysłów deregulujących jest pomysł związany z aplikacją mObywatel. W ramach deregulacji, pomysłodawcy chcą narzucić przedsiębiorcom (świadczeniodawcom) regulacje dotyczące prowadzenia kolejek do lekarzy. W przychodniach i szpitalach miałaby pojawić się sztuczna inteligencja, która zwiększy dostępność terminów!


Zwykła, ludzka inteligencja podpowiada, że długie kolejki nie wynikają z braku sztucznej inteligencji w przychodniach i szpitalach. Mówi ona również, że sztuczne skracanie kolejek dla nowych pacjentów, kosztem pacjentów dotychczasowych, nie jest dobrym rozwiązaniem. 

Ale kto by tam słuchał ludzkiej inteligencji, skoro mamy cyfrowe algorytmy i statystyki, które zawsze wyglądają ładniej na konferencjach prasowych? Kolejki będą krótsze - przynajmniej w tabelkach. Pacjenci? Oni jakoś sobie poradzą. Albo i nie.

10 lutego 2025

Zgodnie z zasadami!

Świadczeniodawcy współpracujący z NFZ zobowiązani są do codziennego sprawozdawania informacji o dostępnych terminach. Przepis ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych mówi tak: Świadczeniodawca przekazuje każdego dni roboczego, z wyłączeniem sobót, niedziel oraz dni ustawowo wolnych od pracy, Funduszowi informację o pierwszym wolnym terminie udzielenia świadczenia według stanu na dzień poprzedzający. 

Tylko co ze świadczeniodawcami, którzy przyjmują pacjentów raz w tygodniu? W tym dniu, w którym są czynni, sprawozdają informację z dnia, który był tydzień temu. Ta informacja jest raportowana do Centrali NFZ (dociera tam w 3 dni!) i jest dostępna w "Informatorze" o Terminach Leczenia. Tam prezentowana jest w takiej postaci:


Wiemy o tym, bo zainteresował nas przypadek powyższej poradni ginekologicznej, na temat której przez ostatnie miesiące ani razu NFZ nie podał daty możliwego terminu przyjęcia (stale wyświetlał się "Brak aktualnych danych"). Zgłosiliśmy wydawałoby się tę nieprawidłowość. Okazało się, że to wcale nie jest "nieprawidłowość", uzyskaliśmy odpowiedź: 

Zgodnie ze zgłoszonym harmonogramem, świadczeniodawca udziela świadczeń wyłącznie we środy. 22.01.2025 roku świadczeniodawca przekazał dane za 15.01.2025 roku, co jest zgodne z obowiązującymi zasadami.

Cóż, może zgodnie z zasadami, ale niekoniecznie z troska o dobro pacjenta. Tej troski nie widać też w innym informatorze NFZ, w którym publikowane są godziny otwarcia powyższej poradni: 



Tu może też warto rozważyć dodanie komunikatu "Brak aktualnych danych".

27 stycznia 2025

Raporty są, danych brak

W listopadzie 2023 roku Narodowy Fundusz Zdrowia ogłosił wprowadzenie nowego obowiązku sprawozdawczego, który miał obowiązywać od 2024 roku. Zgodnie z nowymi wytycznymi, świadczeniodawcy muszą raportować informacje dotyczące stosowania znieczulenia oraz przedziałów wiekowych przyjmowanych pacjentów.

Na dostosowanie oprogramowania do tych wymogów dostawcy mieli zaledwie dwa miesiące. Od ponad roku podmioty medyczne wysyłają rozszerzone raporty do NFZ, jednak... dane te w praktyce okazują się bezużyteczne. Fundusz do tej pory nie zdołał zaktualizować swoich systemów i informatorów, aby móc publikować te informacje.

Jednym z założeń rozszerzenia obowiązków sprawozdawczych wprowadzonych przez NFZ było ułatwienie pacjentom dostępu do informacji o placówkach wykonujących badania endoskopowe, takie jak gastroskopia czy kolonoskopia, w znieczuleniu ogólnym. Teoretycznie cel był prosty i sensowny. Wystarczyłoby, aby Fundusz dodał w swoich systemach nowe typy świadczeń, np. „kolonoskopia w znieczuleniu” obok standardowej „kolonoskopii”.

Zamiast tego NFZ zdecydował się na bardziej skomplikowaną drogę – wprowadzenie nowych formatów danych do raportowania. Problem polega jednak na tym, że dane te trzeba nie tylko wymagać od świadczeniodawców, ale także obsłużyć po stronie Funduszu. I tutaj pojawia się największy zgrzyt – mimo że podmioty medyczne od dawna przekazują rozszerzone raporty, NFZ do tej pory nie zdołał dostosować swoich systemów do ich obsługi.

Efekt? Informacja, która mogłaby być udostępniona pacjentom niemal od razu, zamieniła się w wieloletnie przedsięwzięcie, którego końca wciąż nie widać.

Kolejnym aspektem rozszerzenia sprawozdawczości jest obowiązek dla podmiotów udzielających świadczeń dzieciom, by codziennie raportowały przedziały wiekowe obsługiwanych pacjentów. Brzmi to jak krok w stronę większej przejrzystości, ale rzeczywistość jest dużo bardziej kuriozalna.

Czyżby NFZ podpisywał umowy na świadczenia medyczne, nie wiedząc, w jakim wieku mogą być przyjmowani pacjenci? A może każe raportować informacje, które i tak już posiada? Jedno jest pewne – dane te, mimo obowiązku ich codziennego przesyłania, również nie są publikowane.

Trudno się jednak dziwić. Od lat Fundusz nie jest w stanie prawidłowo wskazać, które placówki przyjmują dzieci, więc wymaganie dokładnego określenia przedziałów wiekowych tylko potęguje chaos. W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, w której sprawozdawczość służy jedynie biurokratycznym formalnościom, zamiast faktycznie poprawiać dostęp pacjentów do informacji.

W czerwcu 2024 roku NFZ zapowiadał, że informacje dotyczące świadczeń, takich jak badania endoskopowe w znieczuleniu czy przedziały wiekowe obsługiwanych pacjentów, zostaną udostępnione w Informatorze o Terminach Leczenia najpóźniej do końca roku. Brzmiało obiecująco, ale rzeczywistość jak zwykle rozczarowała. Do dziś te dane nie trafiły do systemu.

Co więcej, na wniosek o udostępnienie informacji dotyczących bieżących planów w tym zakresie NFZ nie odpowiedział w ustawowym terminie. Cisza ze strony Funduszu tylko potwierdza, że problem sprawozdawczości jest daleki od rozwiązania.

Przykład ten pokazuje, jak wieloletnie przedsięwzięcia mogą grzęznąć w biurokratycznych trudnościach, a deklaracje pozostają jedynie na papierze. Pacjenci, którzy mieli skorzystać na większej przejrzystości i dostępności danych, wciąż nie mają do nich dostępu, a świadczeniodawcy są zmuszeni do wypełniania raportów, które trafiają „do szuflady”.

23 grudnia 2024

NFZ z kolcami

Niedawno pojawiła się informacja o nowym obowiązku sprawozdawczym dla placówek udzielających świadczeń specjalistycznych. Jak podaje portal rynekzdrowia.pl, Ministerstwo Zdrowia wprowadzi nowe zasady dotyczące kolejek do specjalistów oraz świadczeń w Ambulatoryjnej Opiece Specjalistycznej (AOS). Dla placówek medycznych oznacza to dodatkowy obowiązek, natomiast dla pacjentów – szansę na uzyskanie precyzyjnych informacji o dostępnych terminach. Zmiany mają wejść w życie w 2025 roku.

Nowy obowiązek będzie polegał na tym, że w przypadku wybranych specjalności świadczeniodawcy będą zobowiązani do korzystania z innej aplikacji do raportowania terminów przyjęć. Chodzi o centralną aplikację AP KOLCE, która będzie udostępniana placówkom medycznym przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Zgodnie z uzasadnieniem projektu, wprowadzenie tej zmiany ma umożliwić bieżące monitorowanie prawidłowości prowadzenia list oczekujących, przeprowadzanie szczegółowych analiz czasów oczekiwania oraz eliminowanie przypadków wielokrotnego zapisu tej samej osoby na to samo świadczenie.

Planowane zmiany budzą zainteresowanie, ponieważ istnieje ryzyko, że zamiast realizować zakładane cele, pogorszą pacjentom dostęp do informacji o możliwościach realizacji świadczeń. Taki wniosek można wysnuć, opierając się na dotychczasowych doświadczeniach – podobne zmiany wprowadzono już w odniesieniu do świadczeń kardiologicznych. Wdrożenie tego obowiązku przez NFZ polegało na utworzeniu jednej ogólnej kategorii "ŚWIADCZENIA Z ZAKRESU KARDIOLOGII", do której trafiły wszystkie terminy zahaczające tematycznie o kardiologię. W efekcie pacjenci stracili możliwość precyzyjnego wyszukiwania, np. "poradni kardiologicznych dla dzieci", "poradni wad serca" czy "poradni kardiologii inwazyjnej". Co więcej, takie grupowanie świadczeń wydaje się raczej utrudniać, niż ułatwiać prowadzenie szczegółowych analiz.

Co więcej, prowadzenie analiz ma sens tylko wtedy, gdy opiera się na wiarygodnych danych. Tymczasem egzekwowanie przez NFZ obowiązku sprawozdawania prawidłowych informacji pozostawia wiele do życzenia. Problem wynika nie tylko z przymykania oka przez Fundusz na uchybienia świadczeniodawców, ale także z akceptowania błędnych danych, co idzie w parze z łamaniem praw pacjentów.

Przykładem jest sytuacja w przychodni Arthron w Ostrzeszowie. Dzwoniąc tam, by umówić wizytę u ortopedy, pacjent dowiaduje się, że pierwszy wolny termin jest dostępny dopiero za kilka miesięcy. Jednocześnie poradnia raportuje do NFZ czas oczekiwania wynoszący... 1 dzień. Dlaczego? Otóż świadczeniodawca, z własnej inicjatywy, prowadzi dwie kolejki: jedną dla osób umawianych na konkretną datę i godzinę, a drugą dla tych, którzy mogą liczyć na przyjęcie "po godzinach", o ile lekarz się zgodzi. Choć taka szlachetna postawa (pomijając naruszenie zasady udzielania świadczeń w kolejności zgłoszeń) może budzić pewien podziw, prowadzi ona do zafałszowania rzeczywistości.

Analizy prowadzone zza biurka w Warszawie pokazują w efekcie, że Ostrzeszów jest zieloną wyspą pod względem dostępu do świadczeń ortopedycznych. Tymczasem realia są zupełnie inne – istnieje potrzeba otwarcia kolejnej poradni, lecz nie ma na to szans, ponieważ raportowane dane nie wskazują na istnienie takiej potrzeby.

Podsumowując, wprowadzenie centralnej aplikacji AP KOLCE może przynieść więcej szkody niż pożytku, jeśli nie zostanie poparte rzetelnym egzekwowaniem obowiązków przez NFZ i faktycznym poprawieniem jakości danych. Sama technologia, nawet najbardziej zaawansowana, nie rozwiąże problemów systemowych, takich jak brak precyzyjnych informacji czy nieuczciwe praktyki świadczeniodawców. NFZ w obecnym kształcie, z kolcami czy bez, pozostaje instytucją, która z trudem radzi sobie z podstawowymi wyzwaniami. Bez zmian w podejściu i nadzorze, kolejne zmiany mogą jedynie pogłębiać istniejące problemy, zamiast je rozwiązywać.

29 listopada 2024

Koniec Profilaktyki 40 PLUS?

Już drugi raz w tym roku pojawia się zapowiedź zakończenia programu Profilaktyka 40 PLUS. Wiosną deklarowano, że program zakończy się w czerwcu 2024 r., jednak w ostatniej chwili Ministerstwo Zdrowia podjęło decyzję o jego przedłużeniu do końca roku. Ciekawe, czy i tym razem zmienią zdanie?

Profilaktyka 40 PLUS to zestaw "darmowych" badań profilaktycznych. Co ważne, można je wykonać bez konieczności uzyskiwania skierowania od lekarza POZ. Choć lekarz pierwszego kontaktu może wystawić skierowanie na badania, często bywa z tym różnie – nie zawsze się na to zgadza.

Podobno dobór badań w programie jest sensowny, więc warto skorzystać z tej okazji, póki jest dostępna. Nawet jeśli politycy/urzędnicy ponownie przedłużą program, wykonane badania i tak będą inwestycją w zdrowie – nie ma powodu, by żałować.

A co do wiarygodności zapowiedzi polityków: na temat zakończenia programu wypowiadał się wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny. Stwierdził: „Można powiedzieć, że go nie kończymy, ale przekształcamy”. W sumie ma rację – można też powiedzieć, że białe jest czarne, a czarne białe. Nie zmienia to jednak faktu, że aktualna wersja jest taka, że od stycznia program przestanie być dostępny.

Aktualizacja 03-12-2024: Urzędnicy przedłużyli Program do końca kwietnia. Brawo! Ministerstwo Zdrowia jak widać stale pracuje na opinię instytucji, do której komunikatów należy podchodzić z rezerwą.   

09 września 2024

NFZ propaguje komunizm?

Choć wielu uważa to za mało logiczne, używanie nieodpowiednich nazw obiektów (np. ulic) jest formą propagowania komunizmu. Istnienie złych nazw jest problemem i ten problem postanowiono w 2016 r. rozwiązać ustawą (o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej). Od tego czasu w większości przypadków niepoprawne nazwy ulic zostały wymazane z historii. 

Wydawać by się mogło, że w ten sposób udało się skutecznie stawić czoło widmu komunizmu. Niestety zachował się w Polsce (ostatni?) bastion tej zarazy. Okazuje się, że NFZ wciąż wystawia na piedestał komunistycznych bohaterów publikując w swoich informatorach dawno nieistniejące nazwy ulic. 

Poniżej kilka przykładów:



 






Z pozoru można wyciągnąć wniosek, że NFZ chce powrotu dawnych czasów. Ale jest też inne wytłumaczenie tej sytuacji - Fundusz ma w nosie komunizm, podobnie jak pacjentów. To dlatego od lat publikuje nieaktualne adresy miejsc udzielania świadczeń. 

07 sierpnia 2024

Wałek w ministerstwie

Ministerstwo Zdrowia zleciło PAP napisanie tekstów o tematyce medycznej. Tylko, że wcześniej te same teksty PAP sprzedał (i przekazał autorskie prawa majątkowe) jednostce podległej Ministerstwu. Nie jest to afera na skalę afery respiratorowej. Niemniej jednak pokazuje jaki panuje w Ministerstwie szacunek do pieniędzy podatników. 

W 2013 roku Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (obecnie CeZ) jednostka podległa Ministerstwu Zdrowia, zawarło umowę na przygotowanie treści "inicjalnej" nowopowstającego portalu internetowego. W szczególności przedmiotem umowy było przygotowanie artykułów i bieżąca obsługa redakcyjna portalu. Co ważne, wszelkie prawa autorskie majątkowe do powstałych utworów miały zostać przekazane zamawiającemu. 



Kwota tej umowy to prawie 700 tys. zł. Treści zostały opracowane, przekazane do CSIOZ, a następnie trafiły do "szuflady". Bo portal nigdy nie został uruchomiony. Czyli prawie milion złotych poszedł w błoto.

Przykładowy tekst z 2014 r. opracowany w ramach umowy wygląda tak:



A teraz skoczmy do 2018 roku. Na stronie PAP: kurier.pap.pl pojawił się następujący tekst:


Tak - ten tekst jest dość podobny do poprzedniego. Co ważne, oznaczony jest on jako Materiał PAP, który powstał w ramach ważnego Programu. Ale może został on błędnie oznaczony? Nie, przynajmniej tak twierdzi Zastępca Dyrektora Biura Komunikacji Ministerstwa Zdrowia:

Ta umowa jest jedną z wielu umów zawartych na realizację kampanii Planuję Długie Życie. Ich łączna wartość to około 4 miliony złotych. Zgodnie z opisem zamówienia, obowiązkiem Wykonawcy miało być "pozyskanie informacji oraz napisanie artykułów prasowych". Jak widać, w niektórych przypadkach "napisanie" okazało się być skopiowaniem tekstów przygotowanych (i opłaconych przez Ministerstwo) kilka lat wcześniej.

O tym ile z zamówionych tekstów jest w rzeczywistości kopiami tych przygotowanych w ramach umowy z 2013 r. próbujemy dowiedzieć się od ponad roku. Pomimo wyroku sądu administracyjnego zobowiązującego Ministerstwo do rozpatrzenie wniosku o udostępnienie tej informacji, urzędnicy nie przekazują tych danych. Bezczelnie próbują stwierdzić, że upublicznienie skali marnotrawienia przez nich pieniędzy, nie jest w interesie publicznym. 

Ogólnie trzeba mieć łeb, żeby napisać teksty pośrednio na zlecenie Ministerstwa Zdrowia, przekazać wszelkie prawa majątkowe Zleceniodawcy i następnie parę lat później te same teksty sprzedać jeszcze raz Ministerstwu Zdrowia. Tu gratulujemy przedsiębiorczego podejścia PAP. Na szczególne uznanie zasługuje skrzętne wykorzystanie tego, że przedmiot zamówienia z etapu przetargu z "napisania" artykułów zamienił się w umowie na "zapewnienie" (ciekawe z czyjej inicjatywy). 

Natomiast Ministerstwo mogłoby zachować jakiś umiar w marnotrawieniu publicznych pieniędzy. Po te teksty wystarczyło sięgnąć do szuflady - nie trzeba było sprzeniewierzać kolejnych setek tysięcy złotych!