30 stycznia 2026

Leczenie objawowe, czyli jak Izba Lekarska walczy z hejtem

Już w 2019 roku jedna z lekarek, próbując wymusić usunięcie negatywnych opinii o swojej poradni neurologicznej, powołała się przed Urzędem Ochrony Danych Osobowych na argument ostateczny. Sugerowała, że bez interwencji cenzorskiej spotka ją tragiczny los Pawła Adamowicza. W świetle rosnącej liczby incydentów w placówkach medycznych, narracja utożsamiająca krytykę w sieci z fizyczną przemocą zyskuje na popularności. Pytanie jednak brzmi: czy jest prawdziwa? Czy cenzura komentarzy w Internecie rzeczywiście poprawi bezpieczeństwo medyków? Na szczęście mamy na ten temat twarde dane.

Skala problemu jest realna

Nie ma wątpliwości, że praca w ochronie zdrowia wiąże się z ryzykiem. Badania Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wskazują, że większość pracowników SOR doświadczyła przemocy [1]. Z kolei dane Polskiego Towarzystwa Ratowniczego mówią o agresji w przypadku nawet 15% interwencji [2]. Sytuacja pielęgniarek i położnych jest równie alarmująca - raport OZZPiP z lutego 2025 roku wykazał, że aż 78% ankietowanych spotkało się z agresją w pracy [3]. Problem istnieje i wymaga rozwiązania. Kluczem jest jednak postawienie trafnej diagnozy jego przyczyn.

Diagnoza: To system rodzi frustrację, nie Internet

Wbrew popularnej narracji, badania naukowe nie wskazują na to, by możliwość publikowania opinii w Google czy na portalach typu swiatprzychodni.pl była zapalnikiem agresji fizycznej.

Publikacja Katedry Nauk Społecznych i Medycznych Collegium Medicum w Bydgoszczy [4] jasno wskazuje źródła problemu. Agresja pacjentów i ich rodzin wynika przede wszystkim z niewydolności organizacyjnej: wielogodzinnego oczekiwania na pomoc czy odmowy przyjęcia na SOR. Do tego dochodzi niezrozumienie zasad systemu, stan psychofizyczny pacjentów (ból, lęk, wpływ używek, zaburzenia psychiczne) oraz czynniki zewnętrzne, jak stres post-pandemiczny. Co istotne, badacze wskazują też na winę po stronie placówek: brak procedur, toksyczną kulturę pracy i błędy w komunikacji personelu z pacjentem.

Potwierdza to dr Anita Gałęska-Śliwka z UMK w Toruniu [5], wyliczając jako główne przyczyny: problemy organizacyjne, roszczeniowość, nietrzeźwość, ale także frustrację pacjentów wynikającą z niskiej jakości świadczeń, którą wyładowują na personelu - Internet w ogóle nie pojawił się jako czynnik wyzwalający.

Problem potwierdza prof. Brunon Hołyst, specjalista od kryminologii - przyznaje on w wywiadach [6], że przyczyny są złożone: od używek i chorób psychicznych, przez nierealistyczne oczekiwania („lekarz jako cudotwórca”), aż po wady systemowe, takie jak biurokracja i kolejki. Co ciekawe, badania wskazują też na drugą stronę medalu - bariery komunikacyjne tworzone przez samych lekarzy. Używanie niezrozumiałego żargonu („medspeak”), brak empatii, pośpiech i autorytarny styl bycia sprawiają, że pacjent czuje się ignorowany i atakowany [7].

Potwierdza to nawet Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej (NIL), Jakub Kosikowski, zauważając, że szpitale zamieniły się w bezduszne „fabryki”, a wypalony personel czasem traktuje pacjentów w sposób niedopuszczalny [8].

Internetowy „hejt” to margines, a nie przyczyna

Skoro znamy przyczyny (system, komunikacja, psychika), to jak ma się do tego walka z wpisami w Internecie? Według badania dr Gałęskiej-Śliwki, tylko 0,39% pracowników medycznych wskazało Internet jako miejsce, gdzie doświadczyli agresji, co sugeruje marginalny udział cyberprzemocy w ogólnej skali problemu [5].

Przywoływanie tragedii, takich jak zabójstwo ortopedy Tomasza Soleckiego, jako argumentu za cenzurą sieci, jest nadużyciem. W tamtym przypadku zawiniły zaburzenia psychiczne pacjenta (urojenia) oraz luki w systemie bezpieczeństwa. Lekarz zgłaszał zagrożenie na policji, ale - jak to często bywa w zderzeniu obywatela z systemem - jego wizyta została potraktowana jako „porada”, a nie zawiadomienie o przestępstwie [9]. Kto miał do czynienia z organami ścigania, ten wie, że policja rzadko garnie się do przyjmowania zgłoszeń, które można by „spławić” dobrą radą. Żadne moderowanie komentarzy w Internecie nie zapobiegłoby tej tragedii.

NIL: Walka z cieniem zamiast reformy

Wiedza o przyczynach agresji jest dostępna. Rzecznik NIL publicznie diagnozuje choroby systemu. Co zatem robi Izba Lekarska? Zamiast naciskać na reformę systemową, decyduje się na działania pozorowane. 13 stycznia NIL ogłosiła akcję „Czy hejt może zabijać?", deklarując walkę z cyberprzemocą [12]. Izba słusznie zauważa, że hejt nie ma definicji prawnej, po czym... sama próbuje go definiować tak, by pasowało to do tezy, że to opinie internautów zmniejszają dostępność leczenia. To klasyczne odwracanie kota ogonem.

Jednocześnie NIL ostro krytykuje otwieranie nowych kierunków lekarskich na uczelniach niemedycznych, nazywając je „pseudouczelniami" [10]. Paradoks jest oczywisty: braki kadrowe to jedna z głównych przyczyn kolejek i frustracji pacjentów, ale Izba woli chronić monopol niż zwiększać podaż lekarzy. Podobnie wygląda sprawa zarobków - NIL sprzeciwia się ich limitowaniu w sektorze publicznym, argumentując, że to nie rozwiąże problemów, jednocześnie nie proponując realnych rozwiązań systemowych [11].

Najbardziej jaskrawym przykładem jest jednak podwójny standard w kwestii odpowiedzialności. Choć lekarze mają własne sądy, ich wyroki pozostają dla pacjentów enigmą. Rejestr ukaranych istnieje, ale dostęp do niego wymaga wykazania „interesu prawnego". Skrzywdzony pacjent ma ograniczone możliwości, żeby dowiedzieć się, czy lekarz, który go skrzywdził, poniósł konsekwencje. Sprawy głośne medialnie - jak przypadek dr Żanny Pastuszak - cichną, a Izba nie informuje o ich finale. System działa w modelu: pacjent ma prawo wiedzieć o ryzykach leczenia, ale nie ma prawa wiedzieć, czy lekarz został ukarany.

Pozorna terapia

Naczelna Izba Lekarska wybiera drogę najmniejszego oporu. Zamiast mierzyć się z trudną materią reformy organizacyjnej, poprawy jakości komunikacji z pacjentem czy transparentności własnego sądownictwa, woli walczyć z „hejtem”. To wygodny wróg - nieokreślony, medialny i pozwalający ustawić środowisko lekarskie wyłącznie w roli ofiary.

Tymczasem pacjenci, zderzając się z „fabrykami zdrowia”, brakiem empatii i niejawnym systemem dyscyplinarnym, nadal będą czuć frustrację. I żadna kampania o cyberprzemocy tego nie zmieni, dopóki nie zaczniemy leczyć przyczyn choroby, a nie tylko pudrować jej objawy.

Źródła:

[1] https://www.facebook.com/GdanskiUniwersytetMedyczny/posts/problemem-agresji-wobec-ratownik%C3%B3w-medycznych-piel%C4%99gniarek-lekarzy-i-pracownik%C3%B3w/1162383692582888/

[2] https://gdansk.tvp.pl/86492729/skad-bierze-sie-agresja-wobec-ratownikow-medycznych-trwaja-badania

[3] https://ozzpip.pl/agresja-to-nasza-codziennosc-mowia-pielegniarki-i-polozne/

[4] https://www.psychiatriapolska.pl/pdf-152775-110738?filename=110738.pdf

[5] https://www.gov.pl/attachment/0d41fd02-1738-4357-8ae0-2423ab713b97

[6] https://podyplomie.pl/medical-tribune/20471,opowiadam-sie-przeciwko-mowie-nienawisci-wobec-lekarzy

[7] https://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_17951_teka_2019_14_1_61-71/c/7723-7474.pdf

[8] https://www.termedia.pl/mz/Dlaczego-coraz-wiecej-pacjentow-atakuje-lekarzy-,62600.html

[9] https://tvn24.pl/krakow/krakow-atak-nozownika-w-szpitalu-lekarz-zglosil-policji-ze-pacjent-zada-od-niego-pieniedzy-zawiadomienia-nie-zlozyl-st8438139

[10] https://nil.org.pl/aktualnosci/8602-zalezy-nam-na-gwarancji-wysokiej-jakosci-ksztalcenia

[11] https://finanse.wp.pl/resort-chce-limitu-zarobkow-lekarze-najgorszy-pomysl-z-mozliwych-7218214749047392a

[12] https://nil.org.pl/aktualnosci/9133-czy-hejt-moze-zabijac-nil-wlacza-sie-w-walke-z-cyberprzemoca

29 grudnia 2025

Zabawa z mapą

Od lipca 2025 r. działają w Polsce wyspecjalizowane Centra Leczenia Endometriozy. W skrócie Ministerstwo zorganizowało pacjentkom lepsze i bardziej skoordynowane leczenie endometriozy w kilku specjalistycznych ośrodkach.

Wejście w życie tego programu było okazją do zorganizowania konferencji, na której mogła pokazać się Minister oraz przygotowania dwóch stron "informacyjnych". Przygotowanej przez NFZ:

https://www.nfz.gov.pl/dla-pacjenta/informacje-o-swiadczeniach/leczenie-endometriozy/

i Ministerstwo Zdrowia:

https://pacjent.gov.pl/aktualnosc/mozesz-leczyc-endometrioze-na-nfz


Tu należy pochwalić obie instytucje za piękne grafiki z mapą ośrodków (aczkolwiek rysowanie mapy Polski tak, że ledwie widać, że jest to Polska, wydaje się mijać z celem).

Polska widziana oczami NFZ

Jednak pewnym mankamentem opublikowanych informacji jest to, że wspomniane mapy są jedyną wskazówką, co do formy kontaktu do tych ośrodków, jaka jest udostępniania przez Ministerstwo/Fundusz. Czyli minęło pół roku od rozpoczęcia programu i wciąż żadnemu urzędnikowi nie przyszło do głowy umieścić wykaz zawierający chociażby numery telefonu placówek. W opublikowanych materiałach nie ma też informacji co ma być na skierowaniu i kto je może wystawić (np. czy wystarczy lekarz POZ, czy koniecznie musi być to ginekolog). Na szczęście uzupełniony wykaz ośrodków leczenia endometriozy na NFZ można znaleźć w prywatnych portalach.

16 listopada 2025

Naśladowanie jest najwyższą formą pochlebstwa!

Wracając do interpelacji poselskiej i odpowiedzi Ministerstwa, warto zwrócić uwagę na to, jak zmienia się ton wypowiedzi w momencie, gdy trzeba uzasadnić wprowadzanie zmian. Najpierw eksponowana jest rzekoma niemal stuprocentowa "pilność" świadczeniodawców, stały monitoring, przypomnienia i komunikaty, które kreślą obraz sytuacji oderwany od rzeczywistości. Chwilę później pojawia się jednak zapowiedź zmian i nagle okazuje się, że obecny stan rzeczy wcale nie jest tak różowy.

Przede wszystkim w samym kwietniu 2024 r. NFZ przeprowadził własne sprawdzenie prawidłowości publikowanych danych. Z przedstawionych wyników wynika, że wśród blisko 1500 skontrolowanych poradni, w przypadku pacjentów stabilnych niezgodność terminów stwierdzono w ok. 350 komórkach organizacyjnych. Taki rezultat spokojnie mógłby uzasadniać choćby symboliczne, ale odczuwalne kary finansowe wobec nierzetelnych świadczeniodawców, co mogłoby realnie zmotywować ich do zmiany praktyk. Tymczasem Fundusz - mimo skali problemu - przez cały 2024 r. z tytułu błędnego raportowania nałożył zaledwie 50 kar umownych.

​Choć z wyników tych działań kontrolnych wynika, że nieprawidłowości mogą dotyczyć około 30% poradni, autor odpowiedzi na interpelację stwierdza, że "Narodowy Fundusz Zdrowia zakłada, że nieprawidłowości mogą dotyczyć nawet połowy informacji". Stąd pojawia się zapowiedź zmian: zamiast wskazywać konkretny termin, pacjenci mają otrzymywać informację o prognozowanym czasie oczekiwania - dokładnie tak, jak jest to rozwiązane w najlepszym portalu informującym o kolejkach w NFZ.

Ministerstwo nie wyjaśnia jednak, w jaki sposób ta zmiana miałaby sprawić, że świadczeniodawcy zaczną raportować dane zgodne z rzeczywistością. W odpowiedzi można za to dostrzec zapowiedź innego, "kreatywnego" rozwiązania: informacja o czasie oczekiwania ma zostać wzbogacona o udoskonalenie - czas oczekiwania będzie wyliczany przez algorytm, którego sposób działania dopiero ma zostać zdefiniowany w przepisach wykonawczych. W praktyce oznacza to, że odpowiedzialność za wszelkie nieprawidłowości będzie można przerzucić na algorytm. Fundusz, na swojej stronie, będzie mógł zniechęcać do zgłaszania nieprawidłowości (dodając zastrzeżenie, że to jedynie szacunkowy czas oczekiwania), a świadczeniodawcy będą mogli twierdzić, że raportują terminy poprawnie - to tylko algorytm rzekomo błędnie je wylicza. W efekcie wszystkim będzie wygodniej - wszystkim poza pacjentami.

13 października 2025

Malowanie trawy w NFZ

Zgodnie z zapowiedzią wracamy do interpelacji poselskiej w sprawie raportowania terminów przez świadczeniodawców. Jedno z pytań brzmiało: „Czy wiadomo, ile placówek regularnie nie wywiązuje się z obowiązku raportowania długości kolejek do systemu?”. Ministerstwo udzieliło odpowiedzi, ale czy aby nie mija się z prawdą?

Oczywiście, że się mija. W piśmie czytamy: „Odnośnie wywiązywania się świadczeniodawców z obowiązków sprawozdawczych należy wskazać, że świadczeniodawcy przekazują raz dziennie informacje o pierwszym wolnym terminie oraz raz w miesiącu informację o średnim czasie oczekiwania oraz o liczbie osób oczekujących. W efekcie stałego monitoringu procent świadczeniodawców wywiązujących się z obowiązków sprawozdawczych jest wysoki (w 13 oddziałach wynosi 98–100%). Szczegółowa tabela przedstawiająca dane dla każdego oddziału wojewódzkiego została dołączona do niniejszej odpowiedzi.” Załączona tabela faktycznie pokazuje wyniki sięgające 100%.



Tymczasem w publicznych dostępnych danych NFZ dzień w dzień brakuje aktualnych informacji o setkach terminów do lekarzy. Fundusz codziennie otrzymuje zgłoszenia o długotrwałym braku danych dla konkretnych świadczeniodawców. Skąd więc tak dobre wyniki w tabeli? Wskazówką jest podpis: „Procent świadczeniodawców przekazujących wymagane informacje o prowadzonych listach oczekujących w wybranych okresach według poszczególnych oddziałów wojewódzkich NFZ (według stanu na 31 marca 2025 roku)”. Innymi słowy, NFZ raportuje stan sprzed co najmniej kilku miesięcy. Dlaczego to ma znaczenie?

Bo zdradza to praktykę, którą widać w odpowiedziach Oddziałów Wojewódzkich na zgłoszenia braków w Informatorze o Terminach Leczenia. Przykładowa odpowiedź: „Świadczeniodawca przekazał bieżące dane dot. PWT oraz został zobowiązany do uzupełnienia pozostałych raportów historycznych.


Inny Oddział informował: „W dniu 20.07.2021 r. wystosowano do świadczeniodawcy pismo celem złożenia wyjaśnień. Świadczeniodawca wyjaśnia: ‘(...) dokonano uzupełnienia wymaganych informacji o PWT począwszy od 11 grudnia 2020 r. (...) odpowiedzialni pracownicy zostali poinstruowani o konieczności bieżącego wprowadzania (...) oraz terminowego przekazywania informacji o PWT.

Co z tego wynika? Wielu świadczeniodawców ignoruje bieżące raportowanie terminów. Gdy zostaną przyłapani (albo z własnej inicjatywy), mogą hurtowo uzupełnić zaległe raporty. Dzięki temu Oddział Wojewódzki może wykazać świetne wskaźniki wobec Centrali, Centrala wobec Ministerstwa, a Ministerstwo wobec posłów. Wszyscy zadowoleni: nie trzeba naprawiać procesu, nie trzeba kontrolować, może nawet wpadnie premia. Szkoda tylko pacjentów - na nic im informacja, na jaki dzień rzekomo można było się zapisać do lekarza sześć miesięcy temu.

28 września 2025

Leniwy Prezes?

We wrześniu tego roku grupa posłów złożyła interpelację do Ministerstwa Zdrowia w sprawie doniesień o publikowaniu przez NFZ nieprawdziwych informacji na temat dostępności terminów do specjalistów. Chociaż posłowie włożyli minimalny wysiłek w samodzielne zbadanie tematu, opierając swoją wiedzę na pojedynczym, jaskrawym przykładzie, to udało im się zadać resortowi cztery konkretne pytania. Odpowiedzi na nie są warte głębszego komentarza, do czego prawdopodobnie wrócimy na blogu.

Na razie jednak zatrzymajmy się na wskazanym przez nich przykładzie nieprawidłowości. Posłowie napisali:

"Przytoczony mi przykład dotyczy oddziałów gastroenterologicznych – według systemu w województwie mazowieckim i łódzkim możliwe jest znalezienie terminu na wrzesień, podczas gdy weryfikując te informacje w konkretnych placówkach okazuje się, że faktyczne terminy to najwcześniej grudzień bieżącego roku."

Interpelacja została złożona jeszcze w sierpniu. Ministerstwo Zdrowia przygotowało długą, uspokajającą odpowiedź, z której wynika, że "nie jest źle i będzie dobrze". Odpowiedź tonie w tekście i tabelkach, które zacierają rzeczywistość, a statystyki mówią, że jakiś ważny parametr wynosi niemal 100%!

Najciekawsze jest jednak to, co w odpowiedzi nie zostało zrobione.

Pomimo tego, że posłowie wskazali konkretny przykład nieprawidłowości w systemie, w odpowiedzi nikt się do niego nie odniósł. Temat musiał przejść przez niejedne ręce urzędników ministerstwa i Funduszu. A jednak! Prawie miesiąc po interpelacji, w informatorze NFZ wciąż publikowane są terminy do oddziałów gastroenterologicznych na wrzesień.


Mamy już końcówkę września 2025 r., a dane w informatorze nadal sugerują, że na oddział gastroenterologiczny można dostać się w bieżącym miesiącu. To wysoce wątpliwe. Trudno uwierzyć, że w sierpniu realny czas oczekiwania wynosił kilka miesięcy, by nagle we wrześniu można było umówić się "z dnia na dzień". Można więc bezpiecznie założyć, że nikt nie kiwnął palcem, by te nieprawdziwe informacje skorygować.

Oczywiście, oczekiwanie, że urzędnik z własnej inicjatywy poprawi błąd w systemie, jest dość naiwne. Jednak w tym przypadku to nie jest jedynie kwestia dobrej woli. To obowiązek prawny.

Zgodnie z art. 23 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych:

"W przypadku uzasadnionego podejrzenia niewykonania lub niewłaściwego wykonywania przez świadczeniodawcę obowiązków, o których mowa w art. 20 (przyp. - art. 20 nakłada na szpitale i przychodnie obowiązek podawania dokładnych informacji o terminach), Prezes Funduszu przeprowadza kontrolę u tego świadczeniodawcy."

Tu nasuwa się kluczowe pytanie: Co musiałoby się stać, żeby Prezes NFZ przeprowadził kontrolę i doprowadził do skorygowania informacji? Wygląda na to, że interpelacja poselska, wskazująca konkretne przykłady, jest niewystarczająca. Kto musiałby wysłać pismo do urzędników, żeby ci w końcu doprowadzili do prawidłowego prowadzenia sprawozdawczości?


30 czerwca 2025

Gdzie szukać pomocy? Problem z informacją o poradniach specjalistycznych

Ostatnio odezwał się do nas lekarz z nietypową, ale bardzo ważną sprawą. Zamiast zgłaszać pretensje, wykazał się troską o pacjentów - zwrócił uwagę, że w poradni chirurgicznej, w której pracuje, działa również poradnia proktologiczna. Niestety, taka informacja nie pojawia się na naszym portalu. Poprosił nas o jej dodanie.

To nie pierwszy raz, gdy spotykamy się z sytuacją, w której w jednej poradni udzielane są świadczenia z kilku zakresów. Wielokrotnie pytaliśmy o takie przypadki Narodowy Fundusz Zdrowia, jednak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi wskazującej przypadek tego typu. Najczęściej to sami pacjenci lub świadczeniodawcy informują nas, że na przykład w poradni stomatologicznej działa poradnia chirurgii stomatologicznej, a na oddziale chorób wewnętrznych funkcjonuje też oddział endokrynologiczny.

Tym razem postanowiliśmy zwrócić się do Mazowieckiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ z prośbą o listę poradni chirurgicznych, w których udzielane są świadczenia proktologiczne. Otrzymaliśmy listę poradni, w których realizowano „procedury medyczne związane z diagnozowaniem i leczeniem schorzeń proktologicznych”. Jednak nie uzyskaliśmy odpowiedzi na kluczowe pytanie: które z tych poradni faktycznie przyjmują pacjentów ze skierowaniem do poradni proktologicznej? NFZ nie wyjaśnił także, jak realizuje obowiązek informowania pacjentów o miejscach udzielania świadczeń.

Zamiast konkretów, otrzymaliśmy ogólną radę: „Wszelkie wątpliwości dotyczące wystawionego skierowania do poradni specjalistycznej pacjent powinien konsultować z lekarzem wystawiającym dokument”. Trudno o większy absurd - przecież to NFZ powinien dokładnie wiedzieć, komu i za co płaci, a także jasno informować o dostępnych świadczeniach. Przerzucanie odpowiedzialności na lekarza, który sam często nie ma dostępu do takich danych, jest zwyczajnie niepoważne i pokazuje, jak bardzo system informacyjny Funduszu jest oderwany od realnych potrzeb pacjentów i personelu medycznego.

Brak przejrzystych informacji o dostępności świadczeń specjalistycznych to realny problem, z którym mierzą się zarówno pacjenci, jak i lekarze. Liczymy, że NFZ zacznie w końcu rzetelnie informować o miejscach udzielania świadczeń, a tym samym ułatwi dostęp do potrzebnej opieki.

26 maja 2025

Rok programu in vitro - i nadal chaos

Pierwszego czerwca minie rok od uruchomienia rządowego programu in vitro. Wydawałoby się, że to wystarczająco dużo czasu, by uporządkować i usprawnić informowanie pacjentów na jego temat. Niestety - Ministerstwu Zdrowia nadal się to nie udało.

Lista placówek realizujących program dostępna jest na stronie pacjent.gov.pl. Niestety wygląda, jakby została przeklejona z jakiegoś pliku bez najmniejszej refleksji czy weryfikacji. Na swój sposób zabawne (choć bardziej żenujące) są takie "adresy" jak: "L. Wyczółkowskiego 14.cze" czy "Plac Sokratesa Starynkiewicza 01.mar". Wygląda na to, że excel pani Grażynki uznał, że to daty, i sformatował je po swojemu. Szkoda, że pani Grażynka nie zorientowała się, że wypadałoby to poprawić.

Ministerstwo wpadło również na pomysł, by opublikować dodatkową listę placówek z informacją o czasie oczekiwania na procedury. Brzmi rozsądnie? Może i tak, gdyby nie to, że lista pochodzi ze stycznia 2025 roku. Tak, sprzed kilku miesięcy. Można więc zadać pytanie, na ile jest dziś aktualna.


Choć ta lista nie spełnia swojego głównego celu, to ma przynajmniej jedną zaletę – zawiera poprawne adresy placówek (np. zamiast "01.mar", mamy już poprawnie: "Plac Sokratesa Starynkiewicza 1/3").

Najbardziej jednak kompromitujący jest fakt, że żadna z opublikowanych list nie zawiera danych kontaktowych placówek - ani numeru telefonu, ani adresu e-mail, ani nawet linku do strony internetowej. Przecież ktoś z Ministerstwa musiał się z tymi ośrodkami kontaktować (choćby po to, by ustalić czas oczekiwania). Czy naprawdę nikt nie wpadł na pomysł, że udostępnienie pacjentom możliwości kontaktu z placówką mogłoby być pomocne?

Zwłaszcza że - skoro już Ministerstwu nie chce się aktualizować danych o czasie oczekiwania - pacjent mógłby po prostu zadzwonić i zapytać sam. Nie wspominając o tym, że ułatwienie kontaktu zwiększa realne szanse na skorzystanie z programu.