30 marca 2026

Jakiego dostawcę e-Poleconego wybrać?

Powoli do powszechnej świadomości wchodzą e-Doręczenia. Ich przewaga nad ePUAP polega między innymi na tym, że pozwalają wysyłać wiadomości nie tylko do urzędów, ale także pomiędzy użytkownikami. Wiadomości do podmiotów publicznych wysyła się bezpłatne, natomiast za wiadomości komercyjne (tj. do prywatnych osób/podmiotów) trzeba płacić. Żeby korzystać z tej części usługi, trzeba wybrać dostawcę.

Na rynku działa obecnie kilku dostawców e-Doręczeń - Asseco Data Systems S.A., KFJ Inwestycje Sp. z o.o., Poczta Polska S.A. oraz Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych S.A. W praktyce użytkownik częściej spotyka ich oferty pod markami Certum, Autenti, NotaUp, Poczta Polska / e-Polecony oraz eDO Post. Poniżej porównujemy ich budżetowe oferty (ceny netto), czyli najtańsze warianty wejścia w e-Polecone. 

eDO Post (Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych)

Oferują bezpłatny pakiet ze skrzynką o pojemności 0,5 GB, a wysłanie e-Poleconego kosztuje 1,70 zł. Warto rozważyć także najtańszy pakiet roczny za 49 zł - obejmuje on 50 wiadomości komercyjnych, więc koszt jednej przesyłki wynosi niecałą złotówkę.

Autenti

Najtańszy pakiet kosztuje 129 zł rocznie i obejmuje 120 wiadomości komercyjnych. Dodatkowe wiadomości kosztują 1,70 zł za sztukę i są sprzedawane w pakietach po 10. Na stronie widoczna jest także przekreślona cena 145 zł (ale cholera wie co to znaczy, informacji o najniższej cenie w ostatnich 30 dniach nie ma). Producent informuje również o możliwości bezpłatnego wypróbowania skrzynki (ale link prowadzi do nieistniejącej strony)

Certum

Certum oferuje pakiet za 0 zł ze skrzynką o pojemności 4 GB. Na stronie oferty nie podano jednak wprost ceny wysłania wiadomości komercyjnej.

NotaUp

Pakiet za 0 zł ze skrzynką o pojemności 20 GB. W planie bezpłatnym wysłanie wiadomości komercyjnej kosztuje 1,80 zł netto. Wiadomości do podmiotów publicznych są wycenione na 0 zł, ale bezpłatny limit wynosi 10 przesyłek miesięcznie, a po jego przekroczeniu naliczana jest opłata zgodnie z cennikiem.

Poczta Polska

Nie oferują pakietów, a za wysłanie pojedynczej wiadomości pobiera 1,79 zł. Co najważniejsze, w usłudze obowiązuje limit 10 MB dla pojedynczej wiadomości, co przy skanach dokumentów może okazać się zwyczajnie niewystarczające. 

Tu warto wspomnieć, że wsparcie Poczty Polskiej jest niskiej jakości. Do tego za komercyjne e-Polecone liczy sobie 1,79 zł za wiadomość, a od urzędów za publiczną usługę rejestrowanego doręczenia elektronicznego bierze 5,30 zł. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten model cenowy jest zwyczajnie nastawiony na drenowanie pieniędzy z sektora publicznego. Dodatkowo Poczta Polska wykorzystuje własny kanał komunikacji do wysyłania niezamówionych ofert e-Poleconego:


To jakiego dostawcę wybrać?

Pod względem przejrzystości oferty i najtańszego wariantu najlepiej wypada eDO Post. Autenti trudno uznać za rozwiązanie budżetowe, a Certum nie podaje na stronie oferty wprost ceny pojedynczej wiadomości komercyjnej, co nie ułatwia porównania. Z kolei NotaUp zniechęca tym, że w planie bezpłatnym limit darmowych przesyłek do podmiotów publicznych wynosi 10 miesięcznie, a po jego przekroczeniu naliczana jest opłata zgodnie z cennikiem. Postawę i ofertę Poczty Polskiej zostawmy już bez komentarza.

26 lutego 2026

eDoręczenia w praktyce: sprawdzaj skrzynkę ręcznie

Jakiś czas temu pisaliśmy, że wprowadzenie eDoręczeń może oznaczać dodatkowe koszty dla instytucji publicznych. W praktyce wygląda to tak: obywatel może wysłać pismo elektronicznie bezpłatnie, ale instytucja (samo)rządowa płaci 5 zł za wysłanie jednej elektronicznej przesyłki.

To duża zmiana w porównaniu do ePUAP, który pozwalał na darmową komunikację elektroniczną z obywatelami. Skoro pojawia się opłata - warto sprawdzić, czy idzie za nią jakość i niezawodność.

Na przykładzie naszego portalu: tak wyglądają (stan na styczeń 2026 r.) e-mailowe "powiadomienia" o nowym eDoręczeniu - w tym o ważnym wezwaniu z Urzędu Skarbowego:


Zamiast standardowej notyfikacji przychodzi informacja, że wystąpił błąd techniczny 500 podczas wysyłania powiadomienia. To też jest jakaś informacja - tylko nie taka, jakiej oczekuje adresat.

Naturalny pomysł: zapisać się ponownie na subskrypcję powiadomień. Problem w tym, że próba zapisu kończy się komunikatem o błędzie:


W takiej sytuacji człowiek liczy, że pomoże "Zespół Doradców Klienta". Niestety, w naszym przypadku wsparcie zaczęło od sugestii, że "Błąd 0 to najczęściej błąd występujący po stronie użytkownika, w szczególności, jeśli dodatkowo korzysta z systemu kancelaryjnego zintegrowanego ze SD.". Gdy wyjaśniliśmy, że nie korzystamy z żadnego zintegrowanego systemu kancelaryjnego, dostaliśmy standardowy zestaw porad: "Proponujemy wyczyścić ciasteczka i pamięć podręczną oraz zmienić przeglądarkę internetową i spróbować ponownie sprawdzić, jaki adres e-mail został przypisany do notyfikacji.".

To oczywiście problemu nie rozwiązało.

W takich sytuacjach zwykle ma sens złożyć reklamację. Tyle że tutaj dowiedzieliśmy się, że pretensje o brak powiadomień są - według odpowiedzi - nieuzasadnione. Nie pojawiło się też "przepraszamy". Ostatecznie udało się jedynie ustalić, że problem ma leżeć po stronie "COI" (kimkolwiek on jest), a nie po stronie adresata.

Trudno powiedzieć, czy wskazany błąd został naprawiony (szkoda, że wprost rozpatrując reklamację nie dało się tego nikomu sprawdzić). Obecnie (luty 2026 r.) zapisanie adresu e-mail do powiadomień przestało pokazywać komunikat o błędzie, ale po ponownym wejściu w ustawienia powiadomień nie widać zapisanego adresu e-mail.

W praktyce oznacza to jedno - dla bezpieczeństwa i żeby nie narazić się na problemy z urzędem przez przegapiony termin - trzeba regularnie zaglądać do skrzynki eDoręczeń. A najlepsze jest to, że gdy nie działa podstawowa rzecz, czyli powiadomienia, można jeszcze usłyszeć, że "reklamacja jest nieuzasadniona". Trudno o lepszą definicję instytucjonalnej niekompetencji: wskazano winnego - "COI", tylko że z perspektywy adresata to nadal nie naprawia niczego. Na pocieszenie zostaje chociaż to, że nie trzeba stać po list w kolejce na poczcie.






30 stycznia 2026

Leczenie objawowe, czyli jak Izba Lekarska walczy z hejtem

Już w 2019 roku jedna z lekarek, próbując wymusić usunięcie negatywnych opinii o swojej poradni neurologicznej, powołała się przed Urzędem Ochrony Danych Osobowych na argument ostateczny. Sugerowała, że bez interwencji cenzorskiej spotka ją tragiczny los Pawła Adamowicza. W świetle rosnącej liczby incydentów w placówkach medycznych, narracja utożsamiająca krytykę w sieci z fizyczną przemocą zyskuje na popularności. Pytanie jednak brzmi: czy jest prawdziwa? Czy cenzura komentarzy w Internecie rzeczywiście poprawi bezpieczeństwo medyków? Na szczęście mamy na ten temat twarde dane.

Skala problemu jest realna

Nie ma wątpliwości, że praca w ochronie zdrowia wiąże się z ryzykiem. Badania Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wskazują, że większość pracowników SOR doświadczyła przemocy [1]. Z kolei dane Polskiego Towarzystwa Ratowniczego mówią o agresji w przypadku nawet 15% interwencji [2]. Sytuacja pielęgniarek i położnych jest równie alarmująca - raport OZZPiP z lutego 2025 roku wykazał, że aż 78% ankietowanych spotkało się z agresją w pracy [3]. Problem istnieje i wymaga rozwiązania. Kluczem jest jednak postawienie trafnej diagnozy jego przyczyn.

Diagnoza: To system rodzi frustrację, nie Internet

Wbrew popularnej narracji, badania naukowe nie wskazują na to, by możliwość publikowania opinii w Google czy na portalach typu swiatprzychodni.pl była zapalnikiem agresji fizycznej.

Publikacja Katedry Nauk Społecznych i Medycznych Collegium Medicum w Bydgoszczy [4] jasno wskazuje źródła problemu. Agresja pacjentów i ich rodzin wynika przede wszystkim z niewydolności organizacyjnej: wielogodzinnego oczekiwania na pomoc czy odmowy przyjęcia na SOR. Do tego dochodzi niezrozumienie zasad systemu, stan psychofizyczny pacjentów (ból, lęk, wpływ używek, zaburzenia psychiczne) oraz czynniki zewnętrzne, jak stres post-pandemiczny. Co istotne, badacze wskazują też na winę po stronie placówek: brak procedur, toksyczną kulturę pracy i błędy w komunikacji personelu z pacjentem.

Potwierdza to dr Anita Gałęska-Śliwka z UMK w Toruniu [5], wyliczając jako główne przyczyny: problemy organizacyjne, roszczeniowość, nietrzeźwość, ale także frustrację pacjentów wynikającą z niskiej jakości świadczeń, którą wyładowują na personelu - Internet w ogóle nie pojawił się jako czynnik wyzwalający.

Problem potwierdza prof. Brunon Hołyst, specjalista od kryminologii - przyznaje on w wywiadach [6], że przyczyny są złożone: od używek i chorób psychicznych, przez nierealistyczne oczekiwania („lekarz jako cudotwórca”), aż po wady systemowe, takie jak biurokracja i kolejki. Co ciekawe, badania wskazują też na drugą stronę medalu - bariery komunikacyjne tworzone przez samych lekarzy. Używanie niezrozumiałego żargonu („medspeak”), brak empatii, pośpiech i autorytarny styl bycia sprawiają, że pacjent czuje się ignorowany i atakowany [7].

Potwierdza to nawet Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej (NIL), Jakub Kosikowski, zauważając, że szpitale zamieniły się w bezduszne „fabryki”, a wypalony personel czasem traktuje pacjentów w sposób niedopuszczalny [8].

Internetowy „hejt” to margines, a nie przyczyna

Skoro znamy przyczyny (system, komunikacja, psychika), to jak ma się do tego walka z wpisami w Internecie? Według badania dr Gałęskiej-Śliwki, tylko 0,39% pracowników medycznych wskazało Internet jako miejsce, gdzie doświadczyli agresji, co sugeruje marginalny udział cyberprzemocy w ogólnej skali problemu [5].

Przywoływanie tragedii, takich jak zabójstwo ortopedy Tomasza Soleckiego, jako argumentu za cenzurą sieci, jest nadużyciem. W tamtym przypadku zawiniły zaburzenia psychiczne pacjenta (urojenia) oraz luki w systemie bezpieczeństwa. Lekarz zgłaszał zagrożenie na policji, ale - jak to często bywa w zderzeniu obywatela z systemem - jego wizyta została potraktowana jako „porada”, a nie zawiadomienie o przestępstwie [9]. Kto miał do czynienia z organami ścigania, ten wie, że policja rzadko garnie się do przyjmowania zgłoszeń, które można by „spławić” dobrą radą. Żadne moderowanie komentarzy w Internecie nie zapobiegłoby tej tragedii.

NIL: Walka z cieniem zamiast reformy

Wiedza o przyczynach agresji jest dostępna. Rzecznik NIL publicznie diagnozuje choroby systemu. Co zatem robi Izba Lekarska? Zamiast naciskać na reformę systemową, decyduje się na działania pozorowane. 13 stycznia NIL ogłosiła akcję „Czy hejt może zabijać?", deklarując walkę z cyberprzemocą [12]. Izba słusznie zauważa, że hejt nie ma definicji prawnej, po czym... sama próbuje go definiować tak, by pasowało to do tezy, że to opinie internautów zmniejszają dostępność leczenia. To klasyczne odwracanie kota ogonem.

Jednocześnie NIL ostro krytykuje otwieranie nowych kierunków lekarskich na uczelniach niemedycznych, nazywając je „pseudouczelniami" [10]. Paradoks jest oczywisty: braki kadrowe to jedna z głównych przyczyn kolejek i frustracji pacjentów, ale Izba woli chronić monopol niż zwiększać podaż lekarzy. Podobnie wygląda sprawa zarobków - NIL sprzeciwia się ich limitowaniu w sektorze publicznym, argumentując, że to nie rozwiąże problemów, jednocześnie nie proponując realnych rozwiązań systemowych [11].

Najbardziej jaskrawym przykładem jest jednak podwójny standard w kwestii odpowiedzialności. Choć lekarze mają własne sądy, ich wyroki pozostają dla pacjentów enigmą. Rejestr ukaranych istnieje, ale dostęp do niego wymaga wykazania „interesu prawnego". Skrzywdzony pacjent ma ograniczone możliwości, żeby dowiedzieć się, czy lekarz, który go skrzywdził, poniósł konsekwencje. Sprawy głośne medialnie - jak przypadek dr Żanny Pastuszak - cichną, a Izba nie informuje o ich finale. System działa w modelu: pacjent ma prawo wiedzieć o ryzykach leczenia, ale nie ma prawa wiedzieć, czy lekarz został ukarany.

Pozorna terapia

Naczelna Izba Lekarska wybiera drogę najmniejszego oporu. Zamiast mierzyć się z trudną materią reformy organizacyjnej, poprawy jakości komunikacji z pacjentem czy transparentności własnego sądownictwa, woli walczyć z „hejtem”. To wygodny wróg - nieokreślony, medialny i pozwalający ustawić środowisko lekarskie wyłącznie w roli ofiary.

Tymczasem pacjenci, zderzając się z „fabrykami zdrowia”, brakiem empatii i niejawnym systemem dyscyplinarnym, nadal będą czuć frustrację. I żadna kampania o cyberprzemocy tego nie zmieni, dopóki nie zaczniemy leczyć przyczyn choroby, a nie tylko pudrować jej objawy.

Źródła:

[1] https://www.facebook.com/GdanskiUniwersytetMedyczny/posts/problemem-agresji-wobec-ratownik%C3%B3w-medycznych-piel%C4%99gniarek-lekarzy-i-pracownik%C3%B3w/1162383692582888/

[2] https://gdansk.tvp.pl/86492729/skad-bierze-sie-agresja-wobec-ratownikow-medycznych-trwaja-badania

[3] https://ozzpip.pl/agresja-to-nasza-codziennosc-mowia-pielegniarki-i-polozne/

[4] https://www.psychiatriapolska.pl/pdf-152775-110738?filename=110738.pdf

[5] https://www.gov.pl/attachment/0d41fd02-1738-4357-8ae0-2423ab713b97

[6] https://podyplomie.pl/medical-tribune/20471,opowiadam-sie-przeciwko-mowie-nienawisci-wobec-lekarzy

[7] https://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_17951_teka_2019_14_1_61-71/c/7723-7474.pdf

[8] https://www.termedia.pl/mz/Dlaczego-coraz-wiecej-pacjentow-atakuje-lekarzy-,62600.html

[9] https://tvn24.pl/krakow/krakow-atak-nozownika-w-szpitalu-lekarz-zglosil-policji-ze-pacjent-zada-od-niego-pieniedzy-zawiadomienia-nie-zlozyl-st8438139

[10] https://nil.org.pl/aktualnosci/8602-zalezy-nam-na-gwarancji-wysokiej-jakosci-ksztalcenia

[11] https://finanse.wp.pl/resort-chce-limitu-zarobkow-lekarze-najgorszy-pomysl-z-mozliwych-7218214749047392a

[12] https://nil.org.pl/aktualnosci/9133-czy-hejt-moze-zabijac-nil-wlacza-sie-w-walke-z-cyberprzemoca